W LUSTRZE STEREOTYPÓW
"W lustrze stereotypów" to projekt Teatru Mumerus realizowany we współpracy z Vyšší odborná škola herecká z Pragi, Divadlo Kontra z Nowej Wsi Spiskiej oraz Trojan Marta i Gabriella Hadzikostowa z Węgier) przy wsparciu Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego. Projekt poświęcony jest stereotypom we wzajemnym postrzeganiu się narodów: polskiego, czeskiego, słowackiego i węgierskiego. Finał projektu odbył się w Krakowie w styczniu 2014 roku. 
STOWARZYSZENIE TEATR MUMERUS
we współpracy z: Vyšší odborná škola herecká (Praga), Divadlo KONTRA (Nowa Wieś Spiska) oraz Trojan Marta i Hadzikostowa Gabriella (Budapeszt)
W LUSTRZE STEREOTYPÓW
Program
13.01. 2014, godz. 18:00:
Panel dyskusyjny na temat stereotypów we wzajemnym postrzeganiu się narodów
15.01. 2014: godz. 18:00:
"Lustro stereotypów" happening/performans w wykonaniu wszystkich uczestników projektu
Miejsce: Teatr Zależny Politechniki Krakowskiej, Kraków, ul. Kanonicza 1
Wstęp wolny
Projekt współfinansowany ze środków Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego
W projekcie udział wzięli:
Czechy (Vyšší Odborná Škola Herecká ): Ivana Wojtylová – Mikulčíková (reżyser, edukator), Gabriela Horká, Kristina Mihalová, Anna Pastorková, Lexová Agáta, Lerbletierová Sylva, Radek Kottnauer (studenci);
Słowacja (Divadlo Kontra - Divadlo Na Peróne): Ariadna Vendelova, Lin van Dalen, Alena Balogová, (tancerze);
Węgry (Teatro Malko - Budapest): Gabriella Hadzikostova (reżyser, aktor) Marta (Tunde) Trojan (edukator, aktor);
Polska (Teatr Mumerus): Anna Lena Lenczewska, Jan Mancewicz, Robert Żurek, Karol Piotr Zapała, Przemysław Sejmicki, Glen Cullen (aktorzy), Agnieszka Dziedzic, (koordynator i PR), Katarzyna Fijał Katka Fika (plastyka), Joanna Galdecka, Karolina Kogut, Filip Kogut, Marcin Kapusta, Agata Pisiewicz, Ula Radwan , Yana Zrazhevskaya, Kinga Łaciak Kinia J. Lacialenko (Studio Mumerusa)
Plakat zaprojektował Jan Polewka
Logistyka: Maria Śmiłek
Sponsor: CHIMERA
Wideo: Bogusław Kornaś
Opieka techniczna i PR: Danuta Zajda
Katering: Restauracja KANON
Kierownik projektu: Wiesław Hołdys
Zdjęcia z projektu można znaleźć tu - kliknij
Wideo z projektu można znaleźć tu - kliknij
Fanpage projektu na Facebooku - kliknij tu
PRZYCHODZI STEREOTYP DO TEATRU
W podziemiach przy Kanoniczej 1 słychać mniej więcej takie stwierdzenia: „Polacy – złodzieje!”, „Ach te Żydki, przegną w końcu pałkę”, „Czesi to opijusy”. Czyżby galerię i przestrzeń teatralną, należącą obecnie do Politechniki Krakowskiej, opanowali jacyś niebezpieczni furiaci? Może nawet znają niechlubną przeszłość tych piwnic i wiedzą, że dawniej znajdowały się tu sale tortur? I, co gorsza, do dawnych praktyk zamierzają powrócić…
Tylko spokojnie. To uczestnicy polsko-czesko-słowacko-węgierskiego projektu W lustrze stereotypów licytują się na narodowe stereotypy. Padają mocniejsze określenia, ale nikt się nie obraża. Celem projektu jest zgromadzenie utartych przekonań dotyczących przedstawicieli różnych narodów i porównanie ich ze sobą. Niczym odbicie w zwierciadle. I aż chciałoby się napisać: w krzywym zwierciadle, ale po chwili zastanowienia retoryka ustępuje miejsca rozsądkowi. Jeśli coś tu zostało wykrzywione, to bynajmniej nie lustro! Bytami deformującymi rzeczywistość są właśnie te klisze. Często zawierają ziarno prawdy lub chociaż odwołują się do prawdziwego doświadczenia jednostki albo grupy. Ale właśnie – jednostki, grupy, zatem części, nie całości. Stereotyp bowiem zachłannie stara się zagarnąć monopol na totalną wizję świata lub – jak w przypadku naszego projektu – homogeniczną wizję danego narodu. Należy sobie zatem uzmysłowić, że nie jest wcale złem koniecznym, zdarzają się przecież stereotypy wartościujące pozytywnie (na przykład polska gościnność). Najważniejsze, by zawsze pamiętać o jego naturze – to nie prawda objawiona, ale utrwalony, powtarzany często i z reguły uogólniający sąd. Dlaczego więc nie pozwolić sobie na grę z uprzedzeniami? Dlaczego nie podkoloryzować? Wygłupić się, przesadzić, przegiąć – w tym szaleństwie jest metoda!
Moja relacja nie ma ambicji, by stać się merytorycznym podsumowaniem projektu dotowanego przez Międzynarodowy Fundusz Wyszehradzki. Wręcz przeciwnie – głos pochodzi z samego centrum zamieszania, celowo brak mu dystansu. Kto chętny na zakulisową wycieczkę lub po prostu łaknie powrotu do tego niezwykle inspirującego okresu między 12 a 15 stycznia 2014, niech nie przerywa czytania!
Jak zwykle przy podobnych przedsięwzięciach czasu jest za mało. Na wszystko. Na te kilka dni codzienności należy złożyć do depozytu: wziąć wolne w pracy lub opuścić kilkoro zajęć na uczelni. W pełnym składzie spotykamy się po raz pierwszy w niedzielę. Tak zwane badanie terenu trwa wyjątkowo krótko – być może to podobieństwo brzmienia naszych języków przyczynia się do szybszego zapoznania. Jednym z założeń warsztatów jest bowiem to, że staramy się mówić we własnych językach, angielski pojawia się tylko w kryzysowych sytuacjach. Czeski brzmi dla Polaków zabawnie, ale nie inaczej niż polski dla Czechów. Słowacki wydaje się jeszcze wierniejszą imitacją polskiego, za to węgierski to już zupełna magia. W związku z tym, że przygotowania zaczęły się dużo wcześniej, pora podzielić się pomysłami. To właśnie z tej burzy mózgów narodzi się ogólny szkic pokazu finalnego w wykonaniu wszystkich uczestników projektu. A także uzbiera się materiał do dyskusji panelowej, która odbędzie się dwa dni przed finalnym happeningiem.
Najpierw jednak wypada przedstawić uczestników. Gospodarzem i inicjatorem pomysłu jest krakowskie Stowarzyszenie Teatr Mumerus. Z Wiesławem Hołdysem jako spiritus movens na czele oraz zespołem artystyczno-organizacyjnym, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Uczestnicy z Polski to młodzież skupiona wokół Studium Teatralnego Mumerusa. Dla niektórych to już kolejny (i, jak sami deklarują, na pewno nie ostatni) mumerusowy projekt. Z Czech wraz z grupą studentów z Vyšší Odborná Škola Herecká (Praga) przyjechała energiczna i pełna pomysłów Ivana Wojtylová-Mikulčíková, reżyserka i edukatorka teatralna. Z Koszyc na Słowacji – mimo niespodziewanych opadów śniegu i fatalnych warunków na drodze – dotarły trzy niezależne i ambitne tancerki: Ariadna Vendelova, Linda van Dalen, Alena Balogová (Divadlo Kontra/ Divadlo Na Peróne). Natomiast stronę węgierską reprezentowały Gabriella Hadzikostova (reżyserka, aktorka) i Tünde Trojan (edukatorka, aktorka) z węgiersko-bułgarskiego Teatro Malko, o których więcej za chwilę. A teraz już pora na szybką powtórkę ze stereotypów, jądra naszego przedsięwzięcia.
Jacy są Polacy, wiemy aż za dobrze. Uderza natomiast to, ile mamy sprzecznych opinii na swój temat. Energiczni, zdolni, piękni, na wszystkim znamy się najlepiej, ale jednocześnie – mistrzowie narzekania. A przynajmniej lubimy sobie ponarzekać na to, że… za dużo narzekamy. Opuśćmy zatem własne poletko i przyjrzyjmy się lepiej pozostałym uczestnikom projektu.
Czesi kojarzą się nam, Polakom, głównie z piwem. Pepiki, knedliczki – to także popularne określenia sąsiadów z południa. Zazdrościmy im ciągle dystansu do siebie samych i osławionego, pełnego uroku poczucia humoru. Z drugiej strony rozbudowana do niebotycznych rozmiarów czeska administracja może wywołać u przeciętnego Polaka atak mdłości. Nasze urzędy przy czeskich to administracyjne pierwotniaki. Na kulturę picia w knajpach czeskich także patrzymy z mieszanymi uczuciami. Rozkoszujemy się smakiem wybornego piwa, ale jednocześnie ze (stereotypowym) temperamentem, chętką do pitki i bitki, sceptycznie obserwujemy picie jako zachowanie społeczne. Słowem – każdy Czech wie, że w knajpie trzeba umieć się zachować, za archetypowy przykład niech posłuży dzielny wojak Szwejk.
Z kolei odpowiedzią na nasze „Polak potrafi” jest przekonanie Węgrów, że to właśnie im należy się miano przodowników wynalazczości. Wynalazczości absolutnie wszystkiego. Długopis? Witamina C? Czardasz? Oczywiście, że węgierskie! Że hungarikum! Okazuje się także, że Węgrzy prześcigają Polaków nawet w naszej narodowej dyscyplinie, czyli narzekaniu. My narzekamy z miłości do narzekania, oni idą jeszcze dalej i stąd chyba wziął się pogląd o wszechogarniającej węgierskiej depresji. A wystarczy dodać do tego statystyki wskazujące na Węgry jako kraj znajdujący się w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o liczbę samobójstw i – voilà! – stereotyp gotowy. Jednak każdy, kto miał przyjemność pracować z Tünde i Gabi, za żadne skarby, a nawet w obliczu gróźb i prześladowań, nie uwierzy w ten domniemany węgierski smutek. Artystki z Teatro Malko entuzjazmem i niewyczerpanymi pokładami energii i kreatywności prześcigają młodszych uczestników projektu. Przeszkolą widzów z podstaw węgierskiego, poinstruują jak tańczyć czardasza, wyśpiewają operetkę i po tym wszystkim udadzą się jeszcze na późnowieczorny spacer po Krakowie. Zaczynam więc wątpić, czy zmęczenie to również wynalazek węgierski – ożywione, radosne twarze obu kobiet stanowczo temu przeczą.
Najtrudniej było nam poradzić sobie ze stereotypami słowackimi. Bo właściwie jacy oni są, ci nasi sąsiedzi po drugiej stronie Tatr? Dla przeciętnego Polaka, w zależności od sympatii lub antypatii do Czechów, Słowacy są odpowiednio ich gorszymi lub lepszymi wersjami. Postrzegamy ich także poprzez bardzo prozaiczne fakty, na przykład jako amatorów polskich cukierków – krówek. Co ciekawe, Słowaczki biorące udział w projekcie narzekały na jakość polskiej czekolady, ale miłość do krówek potwierdzały. Słowacy sami siebie uważają za bardzo otwarty naród, zupełną antytezę modelu nacjonalistycznego państwa.
Może w tym miejscu liczba oczu podążających za tekstem znacząco zmalała. I maleje, maleje. „Chyba oczywiste, że powinna skoncentrować się na opisie finalnego happeningu!” – słyszę już współczesną odmianę sportu narodowego: hejting, uaktualniona, internetowa forma narzekania. A ja tymczasem kluczę wąskimi uliczkami. Przyznaję się do tego grzechu i co więcej – wcale go nie żałuję. Założyliśmy przecież otwartą formę projektu, artystycznie i merytorycznie dopiętą, ale jeden guzik filuternie pozostał rozpięty. W związku z powyższym happening miał dla nas znaczenie porównywalne do samej pracy warsztatowej. Stąd brak kostiumów teatralnych sensu stricte i ograniczenie się jedynie do rekwizytów w postaci grzebieni – tyleż codziennych sprzętów, co abstrakcyjnych przedmiotów scenicznych. Słowem: podróż ważniejsza niż dotarcie. Dlatego też nie stawiam sobie za punkt honoru, by szczegółowo opisać sam finał. Dla nas, uczestników, to forma przedłużenia pracy i zabawy. Konfrontacja z widzami? Owszem, to bardzo ważny element, ale raz jeszcze podkreślę, że zgodnie z założeniami projektu chcieliśmy podroczyć się trochę z typową sytuacją, w której widz przychodzi do teatru.
Zatem wczesnym wieczorem 15 stycznia rzeczony odbiorca kultury odwiedza teatr. Witają go Węgierki, oczywiście we własnym języku. W końcu to oficjalny język Unii Europejskiej, wypada znać! Ale na szczęście Węgrzy to naród wyrozumiały – uczestniczki projektu rozdały widzom długopisy, niech chociaż notatki robią. Znacznie mniej wymagający dla polskiej publiki okazali się Czesi i Słowaczki – wystarczyło przyglądać się taneczno-ruchowym etiudom. Słowacka część dotyczyła turystów w Tatrach, czeska stanowiła pigułkę z historii ich państwa, obowiązkowo z hokejem i chmielem w tle. Później etiudy polskie i czeskie – obie w knajpie, by pokazać, jak się pije wedle wizji Henryka Sienkiewicza, a jak u Jaroslava Haška. Absolutną rewelacją, a także łykiem zdrowego dystansu, był show amerykańskiego Polaka z Chicago, Glena Cullena (mieszkającego w Krakowie aktora i reżysera od dawna współpracującego z Teatrem Mumerus). Slavic blues, czyli autorska interpretacja ogólnosłowiańskiego hymnu Hej Słowianie, dosłownie powaliła na kolana. Także ze śmiechu. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale kto to przeczyta? Tym, co nie widzieli – chusteczka (wynalazek węgierski) na otarcie łez.
A na koniec wracam do tytułu: przychodzi stereotyp do teatru i…? Parafrazując stary dowcip – a teatr też stereotypów pełen. Ale to już temat na inny projekt. I na inną relację.
Agnieszka Dziedzic
Internetowy magazyn teatralny TEATRALIA
ARTYKUŁ PROGRAMOWY CZYLI O CO CHODZI?
Studnia Trzech Braci czyli Lech i Czech w lustrze.
Znacie legendę o trzech braciach: Lechu, Czechu i Rusie, którzy poszli w swoje strony: jeden na północ (Lech), drugi na południe (Czech), a trzeci na wschód (Rus)? Tam założyli swoje państwa, ale tak za sobą tęsknili, że postanowili się odszukać. Co w końcu się stało, a w miejscu gdzie się spotkali wytrysnęło cudowne źródło, a bracia tak się cieszyli, że na miejscu owego spotkania założyli miasto Cieszynem zwane. W połowie XIX wieku w tym miejscu postawiono żelazną studnię ku upamiętnieniu i ozdobiono ją trzema tablicami: po łacinie, po polsku i po niemiecku (tę niemiecką potem zamalowano) . Dziś to miasto leży w dwu państwach: Polsce i Czechach. Istnieje graniczące z pewnością prawdopodobieństwo, że bracia Lech i Czech byli bliźniakami, jako że bliźniacze są nasze narody. A co z Rusem? Też brat, ale poniosło go Karpatami na wschód, i stał się Łemkiem, Bojkiem, albo Hucułem. Ale też część potomków Lecha - Wołosi - zawróciła na zachód, ubrała kłobuki jak zbój Rumcajs, przyjęła ewangelicką wiarę i z powrotem osiedliła się na śląsko - morawskiej ziemi. Choć i to trzeba powiedzieć, że na tablicach (i w niektórych wersjach tej legendy) Rusa zastąpiono Bolkiem.
Ciekawe, że zacni cieszyńscy rajcowie, zapewne w większości Niemcy postawili budowlę o znaczeniu symbolicznym: studnię. Symbolizuje ona różne rzeczy, a częste w baśniach zejście w głąb studni to symbol zejścia w podświadomość. Prawda jest na dnie studni - powiada przysłowie. Popatrzmy przez chwilę - i zobaczymy, jak woda odbija - niczym w krzywym lustrze - nasze wzajemne stereotypy. Z jednej strony lustra Czech, z drugiej Lech i próbują sie dogadać. Lech mówi "Szukam swego przyjaciela". A Czech na to: "Ty buzerancie!".
Oba języki - polski i czeski wywodzą się z tego samego języka starocerkiewnosłowiańskiego, stworzonego na bazie języka greckiego dla potrzeb liturgii przez świętych Cyryla i Metodego, patronów Europy. Do tej pory w obu krajach, Polsce i Czechach istnieje dość powszechne (i fałszywe) przekonanie, że po pierwsze jeden język jest parodią drugiego (to znaczy, dla Czechów język polski jest parodią czeskiego, brzmiąc jak niemowlęce gaworzenie - podobnie Polacy stereotypowo odbierają czeszczyznę jako parodię polszczyzny); a po drugie, że łatwo się wzajemnie porozumieć używając tych języków. Co nie jest takie oczywiste, choćby przez to, że wiele słów brzmiących tak samo, ma w obu językach zupełnie różne znaczenia: "szukać", "piwnica", "sklep", "obchód", "zachód", "wyprawa", "zmarzlina", "napad", "bydle", "picie" i wiele, wiele innych - prowadzi to często do na ogół zabawnych nieporozumień. Jeszcze raz o szukaniu, bo to ciekawy przykład: "Szukam sweho przekladatela" - powiedziała kiedyś łamaną czeszczyzną dama z Polski do recepcjonistki hotelu w Pradze. Na co ona zgorszona: "Udělej to s tím, co chcete- mnie w to nie michajte". A z kolei bracia Czesi przy pierwszej wizycie w Polsce dziwią się, czemu ci Polacy ciągle i wszędzie siedzą w piwnicach, bo co kawałek to sklep i sklep i sklep. Nasz bardzo cieszy rozpustna kawa, a ich rozśmiesza kawa parzona. Itd., itp., etc., - Takich przykładów rozmówek polsko - czeskich (Polština - Česká konverzace) można by podać niekończącą się ilość.
A przecież najstarsze zadanie zapisane w języku polskim brzmi "Daj, ać ja pobrusze, a ty pocziwaj" - i to zdanie brzmiało tak samo w ówczesnej czeszczyźnie, jako, że w średniowieczu używaliśmy prawie takiego samego języka. Albo XV-wieczna "Gra o świętej Dorocie", uchodząca za jeden z najpiękniejszych zabytków języka polskiego, gdzie pohan każe je hławkę ścięci, czym kroczasze na śmierć św. Dorota specjalne się nie przejmuje, albowiem wie, że trafi do "zahradki, do rozkosznej, gdzież owoce rozliczne, jabłka, kwiecie i rożą budu targaci". Posłuchajcie, jak to brzmi. A to tylko jeden z wielu przykładów...
Polska historia i tradycja pełna jest dzielnych i wojowniczych rycerzy - najlepiej opisanych przez Sienkiewicza w postaciach Skrzetuskiego, Kmicica i Wołodyjowskiego, natomiast czeski żołnierz kojarzy się z dobrym wojakiem Szwejkiem. Wynika to z dwóch odmiennych etosów obecnych w kulturze i tradycji obu narodów: etosu rycerskiego - bardzo silnego w Polsce, a prawie nieobecnego w Czechach i odwrotnie; etosu plebejskiego- bardzo mocnego w Czechach, a słabego w Polsce. Wyimaginujmy sobie spotkanie bohaterów "Trylogii" z bohaterami z opowieści Szwejka. Wyobrażoną przestrzenią, w której owa konfrontacja by się odbywała byłaby czeska hospoda, miejsce niezwykle dla Czechów ważne, jako, że jak pisał pewien angielski podróżnik opisujący obyczaje naszych południowych sąsiadów; "Picie to w końcu czynność społeczna, rządząca się swymi prawami i wygająca poszanowania pewnych zasad" (Tim Nollen, "Spokojnie, to tylko Czechy"). Czyli raczej kompaniji Kmicica nie dopuścilibyśmy do takiego spotkania, bo generalnie oni po alkoholu to mieli w dupie poszanowanie społecznych zasad przy piciu i całą hospodę by zdemolowali - tak jak karczmę pomiedzy Wołmontowiczami a Mitrunami. Ale po polskiej stronie byłby jeszcze Józwa Butrym Bez Nogi (choć to po prawdzie Litwin), porządek by zaprowadził i kilku naszych bohaterów ostało by się jeszcze żywych w tej gospodzie. Może podjęliby temat najświętszej wiary i świętych obrazów, ze szczególnym uwzględnieniem Matki Boskiej Częstochowskiej, ktorej to Kmicic ofiarować perły i inne kamuszki z bojarskich kołpaków zerwane? A jaki święty obraz widzieliby Czesi? A, choćby i taki, wiszący w zakrystii kapelana Katza: "patrzył na niego uporczywie jakiś męczennik. Miał on wbite w pośladek zęby piły, którą piłowali jacyś rzymscy żołdacy. Na twarzy męczennika nie było widać ani śladu cierpienia, nie malował się na niej ani radość, ani żar męczeński. Patrzył tylko ze zdziwieniem, jakby chciał rzec: "Jak też do tego właściwie doszło? Co, panowie, ze mną robicie?" (Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka).
Nic bardziej fałszywego, jak wyobrażenie Czecha jako sympatycznego i łagodnego kretyna otumianego hektolitrami piwa - coś na kształt Szwejka, którym to słowem określa się wojskowego safandułę, niezdolnego do skutecznej służby i walki. Oczywiście w przeciwieństwie do naszych, polskich bohaterów i bojowników, których mamy na kopy. Po pierwsze - ten archetypiczny Szwejk wcale nie był taki łagodny - skoro sam się chwalił tym, że udusił Cygana. Po drugie czeski żołnierz bywa bohaterski (i skuteczny, co przede wszystkim) - ostatecznie to czeski (i słowacki) cichociemny dokonał w Pradze udanego zamachu na Reinharda Heydricha, organizatora Holocaustu, szefa służb bezpieczeństwa III Rzeszy, protektora Czech i Moraw. Był to zamach na najwyższego rangą funcjonariusza nazistowskiego, jaki udał się podczas Drugiej Wojny Światowej.
W lustrze stereotypów odbijają się tematy trudne, jak choćby konflikty zbrojne, jakie w naszej wspólnej, polsko-czeskiej historii się zdarzały (na szczęście rzadko). Warto na przykład spojrzeć na konflikt o Zaolzie w latach 1918- 1920 widzianym przez pryzmat druków propagandowych polskich i czeskich. Szczególne ciekawa jest ulotka antypolska, coś na kształt dekalogu - napisana językiem bardziej podobnym do polskiego niż do czeskiego (widocznie takim językiem porozumiewali się mieszkańcy Śląska Cieszyńskiego), za to w pisowni użyto czeskich znaków. Ulotka antyczeska napisana jest po czesku, tekst jest krótki i, gdyż ulotka operuje nie tekstem, tylko prostym przekazem graficznym: obleśna czeska małpa próbuje się dobrać do twardego orzecha - cieszyńskiego śląska. Oczywiście są ulotki antypolskie przekazujące swoje przesłanie przy pomocy grafiki: oto czeski zapewne heros z potężnymi pośladkami odpycha jedną ręką monstrualne ptaszysko przypominające polskiego orła. Dziś te ulotki śmieszą (przynajmniej mnie), kiedyś miały - o zgrozo! - przekonywać.
Przecież nie jesteśmy wyjątkowi. Co powiedzieć o stereotypach węgiersko słowackich. Krwawy Madziar katujący przy pomocy hajduków słowackich zbójów? Tym też się zajmiemy, spokojna głowa.
Jeden jest sposób na rozbrojenie stereotypów - odbić je w krzywym zwierciadle. Niech Czech spogląda na Lecha, Madziar na Słowaka - a wszyscy razem na siebie. Śmiechu będzie przy tym co niemiara.
Wiesław Hołdys, kierownik projektu
Słowiański blues
Obudziłem się dziś rano
with these words in my head
Mówił: "Best remember
or mother tongue'll be dead."
Nie mogę wytrzymać
Narzekam all the time.
Zazdrość just fills up
this old serce of mine!
Gromy i Piekło! Żyje Slavic duch!
Oh mama! Mam ten Słowiański blues.
Mamusia mowiła
to keep up the fight.
Zawsze pamiętaj
what's wrong and what's right.
Ile ludzie na świecie
is how many hate me.
Kto wie jak jest łatwo
to make enemies?
Gromy i Piekło! Żyje Slavic duch!
Oh babcia! Mam ten Słowiański blues.
Gromy i Piekło! Żyje Slavic duch!
Oh mama! Mam te Słowianie blues.
Zajebiście! Żyje Slavic Duch!
Oh Kurwa! I got them Słowianie...
I będzie wiecznie żył słowiański blues
Piosenka specjalnie napisana i wykonywana przez Glenna Cullena do projektu "W lustrze stereotypów"
Jeśli chcesz zobaczyć wykonanie - kliknij tu
we współpracy z: Vyšší odborná škola herecká (Praga), Divadlo KONTRA (Nowa Wieś Spiska) oraz Trojan Marta i Hadzikostowa Gabriella (Budapeszt)
Program
13.01. 2014, godz. 18:00:
Panel dyskusyjny na temat stereotypów we wzajemnym postrzeganiu się narodów
15.01. 2014: godz. 18:00:
"Lustro stereotypów" happening/performans w wykonaniu wszystkich uczestników projektu
Miejsce: Teatr Zależny Politechniki Krakowskiej, Kraków, ul. Kanonicza 1
Wstęp wolny
Projekt współfinansowany ze środków Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego
W projekcie udział wzięli:
Czechy (Vyšší Odborná Škola Herecká ): Ivana Wojtylová – Mikulčíková (reżyser, edukator), Gabriela Horká, Kristina Mihalová, Anna Pastorková, Lexová Agáta, Lerbletierová Sylva, Radek Kottnauer (studenci);
Słowacja (Divadlo Kontra - Divadlo Na Peróne): Ariadna Vendelova, Lin van Dalen, Alena Balogová, (tancerze);
Węgry (Teatro Malko - Budapest): Gabriella Hadzikostova (reżyser, aktor) Marta (Tunde) Trojan (edukator, aktor);
Polska (Teatr Mumerus): Anna Lena Lenczewska, Jan Mancewicz, Robert Żurek, Karol Piotr Zapała, Przemysław Sejmicki, Glen Cullen (aktorzy), Agnieszka Dziedzic, (koordynator i PR), Katarzyna Fijał Katka Fika (plastyka), Joanna Galdecka, Karolina Kogut, Filip Kogut, Marcin Kapusta, Agata Pisiewicz, Ula Radwan , Yana Zrazhevskaya, Kinga Łaciak Kinia J. Lacialenko (Studio Mumerusa)
Plakat zaprojektował Jan Polewka
Logistyka: Maria Śmiłek
Sponsor: CHIMERA
Wideo: Bogusław Kornaś
Opieka techniczna i PR: Danuta Zajda
Katering: Restauracja KANON
Kierownik projektu: Wiesław Hołdys
Zdjęcia z projektu można znaleźć tu - kliknij
Wideo z projektu można znaleźć tu - kliknij
Fanpage projektu na Facebooku - kliknij tu
PRZYCHODZI STEREOTYP DO TEATRU
W podziemiach przy Kanoniczej 1 słychać mniej więcej takie stwierdzenia: „Polacy – złodzieje!”, „Ach te Żydki, przegną w końcu pałkę”, „Czesi to opijusy”. Czyżby galerię i przestrzeń teatralną, należącą obecnie do Politechniki Krakowskiej, opanowali jacyś niebezpieczni furiaci? Może nawet znają niechlubną przeszłość tych piwnic i wiedzą, że dawniej znajdowały się tu sale tortur? I, co gorsza, do dawnych praktyk zamierzają powrócić…
Tylko spokojnie. To uczestnicy polsko-czesko-słowacko-węgierskiego projektu W lustrze stereotypów licytują się na narodowe stereotypy. Padają mocniejsze określenia, ale nikt się nie obraża. Celem projektu jest zgromadzenie utartych przekonań dotyczących przedstawicieli różnych narodów i porównanie ich ze sobą. Niczym odbicie w zwierciadle. I aż chciałoby się napisać: w krzywym zwierciadle, ale po chwili zastanowienia retoryka ustępuje miejsca rozsądkowi. Jeśli coś tu zostało wykrzywione, to bynajmniej nie lustro! Bytami deformującymi rzeczywistość są właśnie te klisze. Często zawierają ziarno prawdy lub chociaż odwołują się do prawdziwego doświadczenia jednostki albo grupy. Ale właśnie – jednostki, grupy, zatem części, nie całości. Stereotyp bowiem zachłannie stara się zagarnąć monopol na totalną wizję świata lub – jak w przypadku naszego projektu – homogeniczną wizję danego narodu. Należy sobie zatem uzmysłowić, że nie jest wcale złem koniecznym, zdarzają się przecież stereotypy wartościujące pozytywnie (na przykład polska gościnność). Najważniejsze, by zawsze pamiętać o jego naturze – to nie prawda objawiona, ale utrwalony, powtarzany często i z reguły uogólniający sąd. Dlaczego więc nie pozwolić sobie na grę z uprzedzeniami? Dlaczego nie podkoloryzować? Wygłupić się, przesadzić, przegiąć – w tym szaleństwie jest metoda!
Moja relacja nie ma ambicji, by stać się merytorycznym podsumowaniem projektu dotowanego przez Międzynarodowy Fundusz Wyszehradzki. Wręcz przeciwnie – głos pochodzi z samego centrum zamieszania, celowo brak mu dystansu. Kto chętny na zakulisową wycieczkę lub po prostu łaknie powrotu do tego niezwykle inspirującego okresu między 12 a 15 stycznia 2014, niech nie przerywa czytania!
Jak zwykle przy podobnych przedsięwzięciach czasu jest za mało. Na wszystko. Na te kilka dni codzienności należy złożyć do depozytu: wziąć wolne w pracy lub opuścić kilkoro zajęć na uczelni. W pełnym składzie spotykamy się po raz pierwszy w niedzielę. Tak zwane badanie terenu trwa wyjątkowo krótko – być może to podobieństwo brzmienia naszych języków przyczynia się do szybszego zapoznania. Jednym z założeń warsztatów jest bowiem to, że staramy się mówić we własnych językach, angielski pojawia się tylko w kryzysowych sytuacjach. Czeski brzmi dla Polaków zabawnie, ale nie inaczej niż polski dla Czechów. Słowacki wydaje się jeszcze wierniejszą imitacją polskiego, za to węgierski to już zupełna magia. W związku z tym, że przygotowania zaczęły się dużo wcześniej, pora podzielić się pomysłami. To właśnie z tej burzy mózgów narodzi się ogólny szkic pokazu finalnego w wykonaniu wszystkich uczestników projektu. A także uzbiera się materiał do dyskusji panelowej, która odbędzie się dwa dni przed finalnym happeningiem.
Najpierw jednak wypada przedstawić uczestników. Gospodarzem i inicjatorem pomysłu jest krakowskie Stowarzyszenie Teatr Mumerus. Z Wiesławem Hołdysem jako spiritus movens na czele oraz zespołem artystyczno-organizacyjnym, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Uczestnicy z Polski to młodzież skupiona wokół Studium Teatralnego Mumerusa. Dla niektórych to już kolejny (i, jak sami deklarują, na pewno nie ostatni) mumerusowy projekt. Z Czech wraz z grupą studentów z Vyšší Odborná Škola Herecká (Praga) przyjechała energiczna i pełna pomysłów Ivana Wojtylová-Mikulčíková, reżyserka i edukatorka teatralna. Z Koszyc na Słowacji – mimo niespodziewanych opadów śniegu i fatalnych warunków na drodze – dotarły trzy niezależne i ambitne tancerki: Ariadna Vendelova, Linda van Dalen, Alena Balogová (Divadlo Kontra/ Divadlo Na Peróne). Natomiast stronę węgierską reprezentowały Gabriella Hadzikostova (reżyserka, aktorka) i Tünde Trojan (edukatorka, aktorka) z węgiersko-bułgarskiego Teatro Malko, o których więcej za chwilę. A teraz już pora na szybką powtórkę ze stereotypów, jądra naszego przedsięwzięcia.
Jacy są Polacy, wiemy aż za dobrze. Uderza natomiast to, ile mamy sprzecznych opinii na swój temat. Energiczni, zdolni, piękni, na wszystkim znamy się najlepiej, ale jednocześnie – mistrzowie narzekania. A przynajmniej lubimy sobie ponarzekać na to, że… za dużo narzekamy. Opuśćmy zatem własne poletko i przyjrzyjmy się lepiej pozostałym uczestnikom projektu.
Czesi kojarzą się nam, Polakom, głównie z piwem. Pepiki, knedliczki – to także popularne określenia sąsiadów z południa. Zazdrościmy im ciągle dystansu do siebie samych i osławionego, pełnego uroku poczucia humoru. Z drugiej strony rozbudowana do niebotycznych rozmiarów czeska administracja może wywołać u przeciętnego Polaka atak mdłości. Nasze urzędy przy czeskich to administracyjne pierwotniaki. Na kulturę picia w knajpach czeskich także patrzymy z mieszanymi uczuciami. Rozkoszujemy się smakiem wybornego piwa, ale jednocześnie ze (stereotypowym) temperamentem, chętką do pitki i bitki, sceptycznie obserwujemy picie jako zachowanie społeczne. Słowem – każdy Czech wie, że w knajpie trzeba umieć się zachować, za archetypowy przykład niech posłuży dzielny wojak Szwejk.
Z kolei odpowiedzią na nasze „Polak potrafi” jest przekonanie Węgrów, że to właśnie im należy się miano przodowników wynalazczości. Wynalazczości absolutnie wszystkiego. Długopis? Witamina C? Czardasz? Oczywiście, że węgierskie! Że hungarikum! Okazuje się także, że Węgrzy prześcigają Polaków nawet w naszej narodowej dyscyplinie, czyli narzekaniu. My narzekamy z miłości do narzekania, oni idą jeszcze dalej i stąd chyba wziął się pogląd o wszechogarniającej węgierskiej depresji. A wystarczy dodać do tego statystyki wskazujące na Węgry jako kraj znajdujący się w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o liczbę samobójstw i – voilà! – stereotyp gotowy. Jednak każdy, kto miał przyjemność pracować z Tünde i Gabi, za żadne skarby, a nawet w obliczu gróźb i prześladowań, nie uwierzy w ten domniemany węgierski smutek. Artystki z Teatro Malko entuzjazmem i niewyczerpanymi pokładami energii i kreatywności prześcigają młodszych uczestników projektu. Przeszkolą widzów z podstaw węgierskiego, poinstruują jak tańczyć czardasza, wyśpiewają operetkę i po tym wszystkim udadzą się jeszcze na późnowieczorny spacer po Krakowie. Zaczynam więc wątpić, czy zmęczenie to również wynalazek węgierski – ożywione, radosne twarze obu kobiet stanowczo temu przeczą.
Najtrudniej było nam poradzić sobie ze stereotypami słowackimi. Bo właściwie jacy oni są, ci nasi sąsiedzi po drugiej stronie Tatr? Dla przeciętnego Polaka, w zależności od sympatii lub antypatii do Czechów, Słowacy są odpowiednio ich gorszymi lub lepszymi wersjami. Postrzegamy ich także poprzez bardzo prozaiczne fakty, na przykład jako amatorów polskich cukierków – krówek. Co ciekawe, Słowaczki biorące udział w projekcie narzekały na jakość polskiej czekolady, ale miłość do krówek potwierdzały. Słowacy sami siebie uważają za bardzo otwarty naród, zupełną antytezę modelu nacjonalistycznego państwa.
Może w tym miejscu liczba oczu podążających za tekstem znacząco zmalała. I maleje, maleje. „Chyba oczywiste, że powinna skoncentrować się na opisie finalnego happeningu!” – słyszę już współczesną odmianę sportu narodowego: hejting, uaktualniona, internetowa forma narzekania. A ja tymczasem kluczę wąskimi uliczkami. Przyznaję się do tego grzechu i co więcej – wcale go nie żałuję. Założyliśmy przecież otwartą formę projektu, artystycznie i merytorycznie dopiętą, ale jeden guzik filuternie pozostał rozpięty. W związku z powyższym happening miał dla nas znaczenie porównywalne do samej pracy warsztatowej. Stąd brak kostiumów teatralnych sensu stricte i ograniczenie się jedynie do rekwizytów w postaci grzebieni – tyleż codziennych sprzętów, co abstrakcyjnych przedmiotów scenicznych. Słowem: podróż ważniejsza niż dotarcie. Dlatego też nie stawiam sobie za punkt honoru, by szczegółowo opisać sam finał. Dla nas, uczestników, to forma przedłużenia pracy i zabawy. Konfrontacja z widzami? Owszem, to bardzo ważny element, ale raz jeszcze podkreślę, że zgodnie z założeniami projektu chcieliśmy podroczyć się trochę z typową sytuacją, w której widz przychodzi do teatru.
Zatem wczesnym wieczorem 15 stycznia rzeczony odbiorca kultury odwiedza teatr. Witają go Węgierki, oczywiście we własnym języku. W końcu to oficjalny język Unii Europejskiej, wypada znać! Ale na szczęście Węgrzy to naród wyrozumiały – uczestniczki projektu rozdały widzom długopisy, niech chociaż notatki robią. Znacznie mniej wymagający dla polskiej publiki okazali się Czesi i Słowaczki – wystarczyło przyglądać się taneczno-ruchowym etiudom. Słowacka część dotyczyła turystów w Tatrach, czeska stanowiła pigułkę z historii ich państwa, obowiązkowo z hokejem i chmielem w tle. Później etiudy polskie i czeskie – obie w knajpie, by pokazać, jak się pije wedle wizji Henryka Sienkiewicza, a jak u Jaroslava Haška. Absolutną rewelacją, a także łykiem zdrowego dystansu, był show amerykańskiego Polaka z Chicago, Glena Cullena (mieszkającego w Krakowie aktora i reżysera od dawna współpracującego z Teatrem Mumerus). Slavic blues, czyli autorska interpretacja ogólnosłowiańskiego hymnu Hej Słowianie, dosłownie powaliła na kolana. Także ze śmiechu. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale kto to przeczyta? Tym, co nie widzieli – chusteczka (wynalazek węgierski) na otarcie łez.
A na koniec wracam do tytułu: przychodzi stereotyp do teatru i…? Parafrazując stary dowcip – a teatr też stereotypów pełen. Ale to już temat na inny projekt. I na inną relację.
Agnieszka Dziedzic
Internetowy magazyn teatralny TEATRALIA
Studnia Trzech Braci czyli Lech i Czech w lustrze.
Znacie legendę o trzech braciach: Lechu, Czechu i Rusie, którzy poszli w swoje strony: jeden na północ (Lech), drugi na południe (Czech), a trzeci na wschód (Rus)? Tam założyli swoje państwa, ale tak za sobą tęsknili, że postanowili się odszukać. Co w końcu się stało, a w miejscu gdzie się spotkali wytrysnęło cudowne źródło, a bracia tak się cieszyli, że na miejscu owego spotkania założyli miasto Cieszynem zwane. W połowie XIX wieku w tym miejscu postawiono żelazną studnię ku upamiętnieniu i ozdobiono ją trzema tablicami: po łacinie, po polsku i po niemiecku (tę niemiecką potem zamalowano) . Dziś to miasto leży w dwu państwach: Polsce i Czechach. Istnieje graniczące z pewnością prawdopodobieństwo, że bracia Lech i Czech byli bliźniakami, jako że bliźniacze są nasze narody. A co z Rusem? Też brat, ale poniosło go Karpatami na wschód, i stał się Łemkiem, Bojkiem, albo Hucułem. Ale też część potomków Lecha - Wołosi - zawróciła na zachód, ubrała kłobuki jak zbój Rumcajs, przyjęła ewangelicką wiarę i z powrotem osiedliła się na śląsko - morawskiej ziemi. Choć i to trzeba powiedzieć, że na tablicach (i w niektórych wersjach tej legendy) Rusa zastąpiono Bolkiem.
Ciekawe, że zacni cieszyńscy rajcowie, zapewne w większości Niemcy postawili budowlę o znaczeniu symbolicznym: studnię. Symbolizuje ona różne rzeczy, a częste w baśniach zejście w głąb studni to symbol zejścia w podświadomość. Prawda jest na dnie studni - powiada przysłowie. Popatrzmy przez chwilę - i zobaczymy, jak woda odbija - niczym w krzywym lustrze - nasze wzajemne stereotypy. Z jednej strony lustra Czech, z drugiej Lech i próbują sie dogadać. Lech mówi "Szukam swego przyjaciela". A Czech na to: "Ty buzerancie!".
Oba języki - polski i czeski wywodzą się z tego samego języka starocerkiewnosłowiańskiego, stworzonego na bazie języka greckiego dla potrzeb liturgii przez świętych Cyryla i Metodego, patronów Europy. Do tej pory w obu krajach, Polsce i Czechach istnieje dość powszechne (i fałszywe) przekonanie, że po pierwsze jeden język jest parodią drugiego (to znaczy, dla Czechów język polski jest parodią czeskiego, brzmiąc jak niemowlęce gaworzenie - podobnie Polacy stereotypowo odbierają czeszczyznę jako parodię polszczyzny); a po drugie, że łatwo się wzajemnie porozumieć używając tych języków. Co nie jest takie oczywiste, choćby przez to, że wiele słów brzmiących tak samo, ma w obu językach zupełnie różne znaczenia: "szukać", "piwnica", "sklep", "obchód", "zachód", "wyprawa", "zmarzlina", "napad", "bydle", "picie" i wiele, wiele innych - prowadzi to często do na ogół zabawnych nieporozumień. Jeszcze raz o szukaniu, bo to ciekawy przykład: "Szukam sweho przekladatela" - powiedziała kiedyś łamaną czeszczyzną dama z Polski do recepcjonistki hotelu w Pradze. Na co ona zgorszona: "Udělej to s tím, co chcete- mnie w to nie michajte". A z kolei bracia Czesi przy pierwszej wizycie w Polsce dziwią się, czemu ci Polacy ciągle i wszędzie siedzą w piwnicach, bo co kawałek to sklep i sklep i sklep. Nasz bardzo cieszy rozpustna kawa, a ich rozśmiesza kawa parzona. Itd., itp., etc., - Takich przykładów rozmówek polsko - czeskich (Polština - Česká konverzace) można by podać niekończącą się ilość.
A przecież najstarsze zadanie zapisane w języku polskim brzmi "Daj, ać ja pobrusze, a ty pocziwaj" - i to zdanie brzmiało tak samo w ówczesnej czeszczyźnie, jako, że w średniowieczu używaliśmy prawie takiego samego języka. Albo XV-wieczna "Gra o świętej Dorocie", uchodząca za jeden z najpiękniejszych zabytków języka polskiego, gdzie pohan każe je hławkę ścięci, czym kroczasze na śmierć św. Dorota specjalne się nie przejmuje, albowiem wie, że trafi do "zahradki, do rozkosznej, gdzież owoce rozliczne, jabłka, kwiecie i rożą budu targaci". Posłuchajcie, jak to brzmi. A to tylko jeden z wielu przykładów...
Polska historia i tradycja pełna jest dzielnych i wojowniczych rycerzy - najlepiej opisanych przez Sienkiewicza w postaciach Skrzetuskiego, Kmicica i Wołodyjowskiego, natomiast czeski żołnierz kojarzy się z dobrym wojakiem Szwejkiem. Wynika to z dwóch odmiennych etosów obecnych w kulturze i tradycji obu narodów: etosu rycerskiego - bardzo silnego w Polsce, a prawie nieobecnego w Czechach i odwrotnie; etosu plebejskiego- bardzo mocnego w Czechach, a słabego w Polsce. Wyimaginujmy sobie spotkanie bohaterów "Trylogii" z bohaterami z opowieści Szwejka. Wyobrażoną przestrzenią, w której owa konfrontacja by się odbywała byłaby czeska hospoda, miejsce niezwykle dla Czechów ważne, jako, że jak pisał pewien angielski podróżnik opisujący obyczaje naszych południowych sąsiadów; "Picie to w końcu czynność społeczna, rządząca się swymi prawami i wygająca poszanowania pewnych zasad" (Tim Nollen, "Spokojnie, to tylko Czechy"). Czyli raczej kompaniji Kmicica nie dopuścilibyśmy do takiego spotkania, bo generalnie oni po alkoholu to mieli w dupie poszanowanie społecznych zasad przy piciu i całą hospodę by zdemolowali - tak jak karczmę pomiedzy Wołmontowiczami a Mitrunami. Ale po polskiej stronie byłby jeszcze Józwa Butrym Bez Nogi (choć to po prawdzie Litwin), porządek by zaprowadził i kilku naszych bohaterów ostało by się jeszcze żywych w tej gospodzie. Może podjęliby temat najświętszej wiary i świętych obrazów, ze szczególnym uwzględnieniem Matki Boskiej Częstochowskiej, ktorej to Kmicic ofiarować perły i inne kamuszki z bojarskich kołpaków zerwane? A jaki święty obraz widzieliby Czesi? A, choćby i taki, wiszący w zakrystii kapelana Katza: "patrzył na niego uporczywie jakiś męczennik. Miał on wbite w pośladek zęby piły, którą piłowali jacyś rzymscy żołdacy. Na twarzy męczennika nie było widać ani śladu cierpienia, nie malował się na niej ani radość, ani żar męczeński. Patrzył tylko ze zdziwieniem, jakby chciał rzec: "Jak też do tego właściwie doszło? Co, panowie, ze mną robicie?" (Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka).
Nic bardziej fałszywego, jak wyobrażenie Czecha jako sympatycznego i łagodnego kretyna otumianego hektolitrami piwa - coś na kształt Szwejka, którym to słowem określa się wojskowego safandułę, niezdolnego do skutecznej służby i walki. Oczywiście w przeciwieństwie do naszych, polskich bohaterów i bojowników, których mamy na kopy. Po pierwsze - ten archetypiczny Szwejk wcale nie był taki łagodny - skoro sam się chwalił tym, że udusił Cygana. Po drugie czeski żołnierz bywa bohaterski (i skuteczny, co przede wszystkim) - ostatecznie to czeski (i słowacki) cichociemny dokonał w Pradze udanego zamachu na Reinharda Heydricha, organizatora Holocaustu, szefa służb bezpieczeństwa III Rzeszy, protektora Czech i Moraw. Był to zamach na najwyższego rangą funcjonariusza nazistowskiego, jaki udał się podczas Drugiej Wojny Światowej.
W lustrze stereotypów odbijają się tematy trudne, jak choćby konflikty zbrojne, jakie w naszej wspólnej, polsko-czeskiej historii się zdarzały (na szczęście rzadko). Warto na przykład spojrzeć na konflikt o Zaolzie w latach 1918- 1920 widzianym przez pryzmat druków propagandowych polskich i czeskich. Szczególne ciekawa jest ulotka antypolska, coś na kształt dekalogu - napisana językiem bardziej podobnym do polskiego niż do czeskiego (widocznie takim językiem porozumiewali się mieszkańcy Śląska Cieszyńskiego), za to w pisowni użyto czeskich znaków. Ulotka antyczeska napisana jest po czesku, tekst jest krótki i, gdyż ulotka operuje nie tekstem, tylko prostym przekazem graficznym: obleśna czeska małpa próbuje się dobrać do twardego orzecha - cieszyńskiego śląska. Oczywiście są ulotki antypolskie przekazujące swoje przesłanie przy pomocy grafiki: oto czeski zapewne heros z potężnymi pośladkami odpycha jedną ręką monstrualne ptaszysko przypominające polskiego orła. Dziś te ulotki śmieszą (przynajmniej mnie), kiedyś miały - o zgrozo! - przekonywać.
Przecież nie jesteśmy wyjątkowi. Co powiedzieć o stereotypach węgiersko słowackich. Krwawy Madziar katujący przy pomocy hajduków słowackich zbójów? Tym też się zajmiemy, spokojna głowa.
Jeden jest sposób na rozbrojenie stereotypów - odbić je w krzywym zwierciadle. Niech Czech spogląda na Lecha, Madziar na Słowaka - a wszyscy razem na siebie. Śmiechu będzie przy tym co niemiara.
Wiesław Hołdys, kierownik projektu
Obudziłem się dziś rano
with these words in my head
Mówił: "Best remember
or mother tongue'll be dead."
Nie mogę wytrzymać
Narzekam all the time.
Zazdrość just fills up
this old serce of mine!
Gromy i Piekło! Żyje Slavic duch!
Oh mama! Mam ten Słowiański blues.
Mamusia mowiła
to keep up the fight.
Zawsze pamiętaj
what's wrong and what's right.
Ile ludzie na świecie
is how many hate me.
Kto wie jak jest łatwo
to make enemies?
Gromy i Piekło! Żyje Slavic duch!
Oh babcia! Mam ten Słowiański blues.
Gromy i Piekło! Żyje Slavic duch!
Oh mama! Mam te Słowianie blues.
Zajebiście! Żyje Slavic Duch!
Oh Kurwa! I got them Słowianie...
I będzie wiecznie żył słowiański blues
Piosenka specjalnie napisana i wykonywana przez Glenna Cullena do projektu "W lustrze stereotypów"
Jeśli chcesz zobaczyć wykonanie - kliknij tu
























