Teatr Mumerus
NIEWYCZERPANY TRANSFORMISTA WEDŁUG BRUNONA SCHULZA
Mumerus „Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe schody, dostawało się zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych mieszkań, ganków, niespodzianych wyjść na obce podwórza i zapominało się o początkowym celu wyprawy, ażeby po wielu dniach, wracając z manowców dziwnych i splątanych przygód, o jakimś szarym świcie przypomnieć sobie wśród wyrzutów sumienia dom rodzinny” (Bruno Schulz ).

Więcej >


Mumerus


Mumerus
Aleksander Maksymow Fot.:Sylwia Domin
Mumerus
Fot.:Sylwia Domin
Mumerus
Anna Lenczewska, Fot.:Sylwia Domin
Mumerus
Jan Mancewicz, Fot.:Sylwia Domin

NIEWYCZERPANY TRANSFORMISTA WEDŁUG BRUNONA SCHULZA

Światem "Niewyczerpanego transformisty" rządzi ruch – ciągłe przeobrażenie. Egzotyczne ptaki stają się krawieckimi manekinami, by następnie zmienić się w figury tandetnego panopticum, dalej w emeryta powracającego do szkoły jako wieczny repetent, sobowtóry uciekające z lustra i eleganckich cyklistów grających drucianymi szprychami, ogarniętych szałem apostolskim i przepowiadających nową szczęśliwą erę ludzkości – zbawienie przez bicykl! Pusty dom pełen zapomnianych pokoi zmienia się w krawiecką pracownię, a potem w jarmarczną budę, a potem w szkołę, a potem w eleganckie korso, by na końcu stać się zamurowanym pokojem. Wszystko to odbywa się w pustej przestrzeni, gdzie jedynymi przedmiotami są nożyczki i rowerowe dzwonki.
W przestrzeni tej pada zaledwie kilka słów – napisanych przez Brunona Schulza.
Scenariusz: kreacja zbiorowa
Reżyseria: Wiesław Hołdys
Aktorzy:
Aleksander Maksymow (gościnnie - Teatr Alter z Drohobycza), Anna Lenczewska, Jan Mancewicz
Opracowanie muzyczne: Michał Braszak
Kostiumy: Katarzyna Fijał
Asystent reżysera: Agnieszka Dziedzic
Grafika: Tetiana Tsyupka i Alexander Maksymov

Spektakl powstał w ramach programu Gaude Polonia finansowanego przez Narodowe Centrum Kultury
Pod patronatem Konsula Generalnego Ukrainy w Krakowie

Partnerzy: Stowarzyszenie Teatrów Nieinstytucjonalnych STeN (Kraków), Teatr Alter (Drohobycz)
Partnerzy medialni: Portal Kulturatka, Portal Teatr Dla Was, Internetowy Magazyn Teatralny Teatralia, Portal Kraków zaprasza - Fundacja Promocji Kultury

Premiera: 29, 30 czerwca, godz. 19:00

Zdjęcia: Sylwia Domin Foto-Grafika

Więcej zdjęć Sylwii Domin - kliknij

Zdjęcia Ilji van de Paverta - kliknij

Wyobraźcie sobie (Niewyczerpany transformista)


Jest w Krakowie taki reżyser, Wiesław Hołdys, który dzierży klucze do maleńkiej piwnicy z niewielką sceną, będącej zarazem tajemniczym wehikułem, umożliwiającym podróże do wielkiego świata niczym nieskrępowanej, wibrującej wyobraźni. Stamtąd układa on sny o potędze fantazji i toczy niełatwy bój o teatr, który daje ludziom radość i ocala niesamowitość.
Spektakl Niewyczerpany transformista to opowieść o fikuśnym człowieku obdarzonym cudowną właściwością przepoczwarzania się w rozmaite istoty, ale też – a może przede wszystkim – metafora życia jako pełnego ślepych zaułków i obcych, niemożliwych do oswojenia, chłodnych komnat labiryntu, w którym – jeśli pragnie się uniknąć upupienia czy skostnienia – należy być w nieustającym ruchu. Historia ludzkości jest historią ciągłych, często niespodziewanych przeobrażeń.
Tytułowy bohater (świetny Aleksander Maksymow) wydaje się postacią uosabiającą to wszystko, co w prozie Schulza najbardziej nieuchwytne, nieodgadnione i niedefiniowalne. W serii metamorfoz z jednej strony niejako prowadzi przewrotną grę z własną tożsamością, ale z drugiej zdaje się tworzyć zsubiektywizowany mikrokosmos zaludniony przez korowód chwilowych bytów. Mamy tu egzotyczne ptaki, manekiny, emeryta – wiecznego repetenta, którego w końcu porwie wiatr, szalonych apostołów na rowerach i innych, nieco pokracznych i zidiociałych reprezentantów wykolejonej rzeczywistości. Czasem rozwój wypadków okazuje się nieprzewidziany. Maksymow posiadł bowiem nadzwyczajną umiejętność udawania, że historia rodzi się „tu i teraz”. Kolejne wcielenia pojawiają się wówczas, gdy jeszcze mamy w oczach poprzednie. Ledwo przywołane, już muszą wracać do zapomnianego świata snów. Przybywają z lekkością marzenia. Bardzo ładnie obrazuje to proces stwarzania fikcyjnych bohaterów, który zawsze jest pozbawionym logiki i przyczynowości, aktem początku. Postaci same są złudzeniami, dlatego niepotrzebne tu gazowe kurtyny ani iluzje wywołane światłami.
Zespół Mumerusa, tak jak niegdyś Tadeusz Kantor, odrzucił wszelkie fałszywe cudowności teatru.
Ciemna, malutka scena jest niczym zatopione królestwo, w którym płynie inny czas oraz działa osobliwa, kłócąca się z zasadą prawdopodobieństwa logika. Surowa przestrzeń również przechodzi transformacje. Kolejno przenikają się klisze różnych archetypowych miejsc, od pustego pokoju i pracowni krawieckiej, przez jarmarczną budę i szkołę, po zamurowane niczym grób pomieszczenie, tworząc symboliczną drogę życia, metaforę więzienia egzystencji. Głównym nośnikiem znaczeń jest w Niewyczerpanym… narracja wizualna – to jej podporządkowano pozostałe elementy przedstawienia. Tak naprawdę istnieje tylko widowisko.
Hołdys i zjawiskowi aktorzy Mumerusa powiedli nas tam, gdzie rzadko bywamy – do tego wymiaru rzeczywistości, którym jest iluzja, życie na pograniczu jawy i snu. Stworzonemu przez siebie światu – dzięki jego zrytmizowanemu rozszczepianiu – nadali wyjątkowy puls, oddech i melodię. Wyciągnęli z Schulza (scenariusz jest kreacją zbiorową) kilka postaci, parę słów i ułożyli tak, że wyszło coś niewiarygodnie dobrego.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 66/2013



Schulzowski „Niewyczerpany transformista” Teatru Mumerus w reżyserii Wiesława Hołdysa


29 czerwca 2013 roku niezależny krakowski Teatr Mumerus przedstawił premierę spektaklu inspirowanego prozą Brunona Schulza. To przede wszystkim popis talentu aktorskiego Aleksandra Maksymowa (z drohobyckiego teatru Alter), który najprostszym środkami – ruchem, gestem, mimiką – chce wykrzesać bogatą i własną teatralną interpretację schulzowskiej prozy.
Sasza Maksymow od pół roku przebywa w Krakowie w ramach stypendium Gaude Polonia. Związany z teatrem Alter w Drohobyczu, najwyraźniej w aktorstwie widzi swoje powołanie, w aktorskie bez słów, w sztuce mimu. Już wcześniej przygotował autorski, znakomity schulzowski spektakl „Ptaki”, bardzo klarowny i dynamiczny, sugestywny i dobry aktorsko, jaki mogliśmy m.in. oglądać w Lublinie w ubiegłym roku. W spektaklu „Niewyczerpany transformista” ogromnie rozbudował potencjał możliwości kreowania postaci i sytuacji, opowiadania ruchem i ciałem, poniekąd sam stając się tym tytułowym „niewyczerpanym transformistą”. Paradoksalnie, stwarza to widzowi pewne trudności w odbiorze, gdyż tempo tych transformacji jest tak duże, że chwilami publiczność nie ma czasu na rozpoznanie sens pewnych scen, więc najbardziej reaguje na gesty proste i czytelne, gesty klauna. Ale też, również paradoksalnie, jest w tym coś z natury prozy Schulza, gdzie nagromadzenie znaczeń i ich nieoczekiwane konfiguracje wymagają dania czasu umysłowi i wyobraźni na właściwe ich rozszyfrowanie, odczytanie. Niemniej struktura spektaklu pozostaje czytelna, a sekwencje scen są urokliwe, niekiedy wprost zachwycające. Jak chociażby wtedy, kiedy Maksymow gra postacie po obu stronach „dziurki od klucza”: raz mężczyznę, raz kobietę. Zaskakujące, jak udanie wciela się w kobiety z rysunków Schulza, jak potrafi zmienić własną twarz. Skala pracy włożona przez aktora (niewątpliwie, dzięki wsparciu starszych kolegów z Mumerusa), grającego w tak ascetycznych warunkach, poświadcza, jak bardzo jest on zaangażowany w spektakl, i jak bardzo go przeżywa. Trzeba zatem podążać za jego gestami tak jakby był on przewodnikiem przez różne motywy, opowieści, sytuacje zapisane w opowiadaniach Brunona Schulza.
Spektakl dzieli się de facto na dwie części, bardzo odmienne, różne. Pierwsza to aktorski popis solo Aleksandra Maksymowa, grającego w klasycznie czarnym stroju i z twarzą pomalowaną na biało. Chwilami, i bardzo oszczędnie, nawet za oszczędnie, gra Maksymowa wspierana jest ilustracją dźwiękową. Zaś w drugiej części na scenie pojawiają się również Anna Lenczewska i Jan Mancewicz; odmienność tych postaci od bohatera pierwszej części podkreślają między innymi barwne stroje o dość dowolnych odniesieniach do bohaterów prozy Schulza (np. Mancewicz jest klaunem z czerwonym nosem – piłeczką). Dużo tu muzyki, pojawiają się słowa z opowiadań Schulza. Interpretacji takiej konfrontacji postaci - aktorów może być wiele, tak jak na wiele sposobów możemy interpretować zjawisko i proces kreacji według Schulza.
Teatr Mumerus, któremu przewodzi Wiesław Hołdys, wystawił „Niewyczerpanego transformistę” na scenie Teatr Zależnego Politechniki Krakowskiej, która udostępnia ją niezależnym, profesjonalnym grupom. Scena mieści się w XVI-wiecznych piwnicach przy ul. Kanoniczej 1 – i ten kontekst miejsca potęguje niezwykłość schulzowskiej prozy i czerpiącego z niej teatru.
GJ
Strona "Stowarzyszenie Festiwal Brunona Schulza"

Joanna Roś
LITERATURA W TEATRZE: KARTONOWE SKRZYPCE ZE ZŁOTYM SMYCZKIEM. „NIEWYCZERPANY TRANSFORMISTA” TEATRU MUMERUS


LITERATURA…
Bruno Schulz, w swoim dziele „Genialna epoka”, pytał z właściwym sobie fantastycznym akcentem: „Cóż jednak zrobić ze zdarzeniami, które nie mają swego własnego miejsca w czasie, ze zdarzeniami, które przyszły za późno, gdy już cały czas był rozdany, rozdzielony, rozebrany, i teraz zostały niejako na lodzie, nie zaszeregowane, zawieszone w powietrzu, bezdomne i błędne?” Tylko spokojnie! Bez zbytecznej paniki, załatwimy to po cichu we własnym zakresie działania – opowiadają mu na to, jego własnymi słowami, twórcy „Niewyczerpanego transformisty”, aktorzy Teatru Mumerus z Krakowa z gościnnym udziałem Aleksandra Maksymowa.
…W TEATRZE.
To im właśnie, pośród scenicznej ciemności, która podkreśla połyskującą jasność słów i gestów, udaje się z tak magiczną pasją pogłębić w widzach nietypowe myśli. W przypadku „Niewyczerpanego transformisty” jest podobnie. Tym razem świadomość oglądającego odsyłana jest bezpośrednio w rejony pytań o dynamikę i podniosłość, nie tylko życia, ale i sztuki, jaką jest teatr.
Przygody „Niewyczerpanego transformisty” to jak obieranie rytmu życia ze skórki przy pomocy skalpela, jakim jest odmówienie słowom pierwszeństwa, a przyznanie priorytetu falowaniu ciała. Trudność w zagęszczeniu i wyostrzeniu wyobraźni przed niemą groteską zmiany pozwoliła mi, paradoksalnie, uwierzyć, że jednym z miejsc, gdzie może trafić umysł, poszukujący życia prawdziwego, tak czystego, nieskazitelnego w swoim udziwnieniu, jest nicość. Tak, nicość właśnie. Umęczona, mdła nicość, w ubraniu klauna, z łyżką wplątaną we włosy i z nożyczkami w dłoni, odcinająca napiętrzające się faksy z umysłów w i d z ó w. A na nich? „TAK/NIE/NIE/TAK…”
Zachęcam do wzięcia udziału w tej prawie niemej, życiowej orkiestrze życia, w tym zapleczu karnawału. Teatr Mumerus zagra na Państwu jak na kartonowych skrzypcach swoimi złotymi smyczkami.
Spektakl obejrzałam 30 czerwca 2013 roku
w Teatrze Zależnym Politechniki Krakowskiej.
Joanna Roś

Portal bookeriada.pl





TAJEMNIK
MumerusOdkąd człowiek myśli - przeczuwał i lękał się zawsze nowej istoty, silniejszej niż on spadkobierczyni swojej na ziemi, i że odczuwając jej bliskość a nie będąc zdolnym przeniknąć natury tego władcy, stworzył, pod wpływem swojej trwogi, cały fantastyczny tłum tajemniczych tworów, widm niepochwytnych, zrodzonych z lęku.( Guy de Maupassant „Horla”)

Więcej >


Mumerus


Mumerus
Robert Żurek - Fot. Anna Czupczyńska/Kolor Selektywny
Mumerus
Karol Zapała - Fot. Sylwia Domin/Kolor Selektywny
Mumerus
Jan Mancewicz - Fot. Sylwia Domin/Kolor Selektywny
Mumerus
Anna Lenczewska - Fot. Sylwia Domin/Kolor Selektywny
Mumerus
Beata Kolak - Fot. Anna Czupczyńska/Kolor Selektywny

TAJEMNIK


Światem „Tajemnika” rządzi jakieś licho. Takie, co potrafi narobić hałasu, przyjść na kolację i wszystkim łyżki z rąk powytrącać, a co było nagotowane do zjedzenia – pożreć. A potem spragnione wyssać ze wszystkich krew, zostawiając tylko jedno niemowlę w kołysce na rozmnożenie. Licho, które każe uganiać się za cudną boginką wodną, Majką – choćby i na koniec świata, na śmierć niechybną. Licho, które na swój sposób przeczuwa – niczym niepochwytną Horlę – każdy z bohaterów „Tajemnika”. Ukażą się także czary mechaniczne, doprowadzające do buntu samolotów, samochodów, a nawet rozwścieczonych granatów ręcznych, które zaczną ryć pod ziemią niczym krety.

Scenariusz i reżyseria: Wiesław Hołdys
Aktorzy: Beata Kolak, Anna Lenczewska, Jan Mancewicz, Karol Piotr Zapała, Robert Żurek
Maski: Jan Polewka
Opracowanie muzyczne: Michał Braszak
Współpraca scenograficzna: Katarzyna Fijał
Technika: Tadeusz Przybylski
Asystent reżysera: Agnieszka Dziedzic
Organizacja: Maria Śmiłek
Projekt plakatu: Jan Polewka
W scenariuszu wykorzystano fragmenty "Klechd polskich" Bolesława Leśmiana oraz "Baśni o żelaznym wilku" Światopełka Karpińskiego

Premiera: 25 listopada 2012 r.

Spektakl został zrealizowany przy udziale finansowym Województwa Małopolskiego

Partnerzy: Stowarzyszenie Teatrów Nieinstytucjonalnych SteN, Firma Cajon

Sponsor - Restauracja Chimera
Patroni medialni: Miesięcznik Kulturalny Modny Kraków, Internetowy Magazyn Teatralny Teatralia,
Krakowski Serwis Kulturalny KULTURATKA, Portal Teatr dla Was, Portal e-splot, Fundacja Promocji Kultury,

Klip ze spektaklu można zobaczyć tutaj

Literatura w teatrze: Paskudna metafizyka. „Tajemnik” Teatru Mumerus


LITERATURA…
Weźmy baśnie Leśmiana, „Klechdy polskie”, tylko pozornie przeznaczone dla najmłodszych czytelników, wymieszajmy motywy ludowe, zagmatwane symbole i urywane akcje, dopełnijmy fragmentami satyrycznej, owianej już lekkim zapomnieniem „Historii o żelaznym wilku”, równie intrygującego poety Świętopełka Karpińskiego, i..
Zobaczmy, jak rozmazane światy ludowej wyobraźni zaczynają mieć wspólne kontury z naszymi współczesnymi pragnieniami.
…W TEATRZE.
Spektakl „Tajemnik” w wykonaniu Teatru Mumerus angażuje całą intuicję i zadziwienie widza, aby móc wyrazić dynamizm nieprzewidywalnego, ukrytego wymiaru codzienności. Nie jest sprawą łatwą wykazać, których „pionków graczowi lepiej nie dotykać, gdyż karą może się okazać wykluczenie z gry rzeczywistości na zawsze”. Ponadto konfiguracje światów dusiołków i wiedźm są wciąż niezbadane i jak widzimy na scenie, nigdy nie może być do końca jasne, czy to my przed nimi uciekamy, czy też one próbują się nam wymknąć, kiedy nie po raz pierwszy interesujemy się sprawami nie z naszych światów.
W przedstawieniu urzekła mnie szczególnie gra aktorska, tak przemyślana, abyśmy widzieli poczciwych, dobrych ludzi, wielbiących całym sercem młodość i piękno, a więc opetanych złudzeniami podszeptującymi słowo: „wieczność”. Nie są pazerni na pieniędze, ale pazerni na zachwyt. A jeśli zapisują duszę zmorom i lichom…Zarówno aktorzy swoimi kreacjami, jak i niepochwytna, doskonale niewytłumaczalna scenografia wyraźnie oddały prawo, że potrzeba odrobiny metafizyki, aby uzasadnić te lekko „paskudne” skłonności.
Więc może zamiast chować się w skrzyniach, upijać miksturami znachorów, należałoby oswoić własnego Dusiołka? W końcu wyobraźnię i strach zrywamy z jednej gałęzi tajemnicy.
Spektakl obejrzałam 27 listopada 2012 roku w Teatrze Zależnym Poltechniki Krakowskiej.

Joanna Roś
Portal bookeriada.pl

„Tajemnik” Mumerusa



Krakowski Teatr Mumerus stopniowo staje się rzecznikiem legend dawnych i zapomnianych. Po międzynarodowym projekcie „Mit środka Europy: opowieści początku”, przygotowanym przy współudziale przedstawicieli z Czech, Słowacji i Węgier, którego finał odbył się we wrześniu 2012 roku w Willi Decjusza w Krakowie, Mumerus znowu sięga do naszych korzeni. Za pomocą literackiej alchemii Bolesława Leśmiana i Światopełka Karpińskiego snuje ludowe historie w spektaklu „Tajemnik”.
„Mit środka Europy: opowieści początku" poszukiwał rdzenia legend – wspólnoty, która niegdyś spajała kraje słowiańskie bardziej niż dzisiejsze tereny Unii Europejskiej. „Tajemnik" obejmuje zasięgiem tereny wczesnego państwa polskiego. Przygotowany został w oparciu o dwa teksty: „Klechdy polskie" Bolesława Leśmiana oraz „Baśnie o żelaznym wilku" Światopełka Karpińskiego.
W spektaklu świat ludzi i podań współistnieje. Stwory, wzięte żywcem z rodzimej demonologii, wodzą na pokuszenie i straszą. Co zrobić, gdy urodziwa Majka ciągnie zauroczonego mężczyznę w wodę, dusiołek nie daje w nocy spokoju, a diabeł oferuje piękne buty? Sposobów jest kilka: można prosić o pomoc miejscową czarownicę, nosić przy sobie ziele piołunu, albo paktować z czartem i... przyzwyczaić się do nocnych odwiedzin chochlika. Mniej lub bardziej alternatywne metody zależą od rodzaju natręta, których przecież sporo jest między drzewami, w wodzie, w komodzie... Mumerus prezentuje nam stwory niesłusznie zapomniane, przenosząc je w czasy bardziej nam znane.
„Tajemnik" jest świetnie skomponowany. Fabułę ułożono jako zestawienie kilku z humorem opowiedzianych przez Leśmiana i Karpińskiego historii. Ograniczenie zespołu do pięciu osób (Beata Kolak, Anna Lenczewska, Jan Mancewicz, Karol Piotr Zapała, Robert Żurek) tworzy jednak obraz spójny i wielowymiarowy. Znakomita gra aktorska przywodzi na myśl dobrze napisaną partyturę, w której poszczególne instrumenty grają czysto i dynamicznie. Plastycznie spektakl jest daleki od kontekstu, który miał przywołać: zamiast pradawnych Słowian widzimy postaci z połowy ubiegłego wieku. Towarzyszą im starodawne meble oraz ciekawe przedmioty, których nie potrafię przypisać do żadnego konkretnego czasu, np. maska narratora, poskręcana z dziwnych blaszek i śrub. Całości obrazu dopełnia interesujące opracowanie muzyczne (Michał Braszak), podkreślające humorystyczny wydźwięk sztuki, a także oświetlenie, pozwalające poczuć prawdziwie teatralny klimat. Gorąco polecam, zwłaszcza miłośnikom rodzimej kultury.

Maria Anna Piękoś
Dziennik Teatralny Kraków
11 stycznia 2013


Słowiańskie boginki i inne zabobony


Melodyjność i śpiewność języka, kolorystyka i plastyczność słowiańskiej mitologii, osobliwość zaludniających ją postaci, w połączeniu z mrokiem i demonicznością właściwymi ludowym opowieściom, od zawsze pobudzały wyobraźnię, inspirując swoją oryginalnością zwłaszcza rodzimych twórców. Nie inaczej stało się w przypadku krakowskiego Teatru Mumerus. Tajemnik to humorystyczny, ale i bardzo wdzięczny powrót do tego, co w naszym narodowym folklorze najznamienitsze.
„Działo się to na pierwszy dzień Zielonych Świątek. [...] Marcin Dziura nie po bożemu go spędził, bo w karczmie. Milczał i pił, pił i milczał. Trudno nawet powiedzieć, czego mu więcej było potrzeba − picia czy milczenia”. Tak oto narrator, słowami Bolesława Leśmiana, siedząc na małym taborecie plecami do widzów, rozpoczyna swoją opowieść, a świat ludowych wierzeń, legend i zabobonów, pełen groteskowych i fantastycznych stworów, masek, przesądów ożywa na naszych oczach − uwodzi i zachwyca jak Majka − boginka zamknięta w butelce chłopa Dziury (rewelacyjny, charakterystyczny Jan Mancewicz!). Spokojny rytm malutkiej wioski zakłócają tajemnicze postaci − istoty spoza porządku rzeczywistości przywoływane jakby nieświadomie, poprzez schemat codziennych zajęć, podczas których poznajemy bohaterów w pierwszych minutach spektaklu. Niemal rytualna skrupulatność i towarzyszące jej znudzenie aż same proszą się o ingerencje sił magicznych! Zwyczaje i obrzędy mieszkańców nie odzwierciedlają może drugiej części mickiewiczowskich Dziadów, kojarzą się jednak bardzo ze świetnym obrazem Małgośki Szumowskiej Czego tu się bać?, wywołując na widowni salwy zdrowego śmiechu. Hołdys zdaje się kłaniać nisko polskiej spuściźnie ludowej, nie omieszkał jednak ,,puścić oka do widza”, nasycając przedstawienie sporą dawką parodii i rubasznego humoru.
Tajemnik to sztuka złożona z trzech połączonych ze sobą za sprawą motywów i postaci etiud. Jest to kompilacja kilku przestrzeni: farsowej, zakorzenionej w tradycji jarmarcznego teatru ludowego; rodzimej prozy poetyckiej, która wypełnia językowo-akustyczną (niekiedy nieco transową) przestrzeń przedstawienia. Scenariusz obejmuje Leśmianowe Klechdy i bajania i Historię o żelaznym wilku Świętopełka Karpińskiego − oraz religijno-baśniowe profile osobowościowe bohaterów (również tych spoza porządku ziemskiego, jak piękna świtezianka Majka). Przenikanie się sacrum i profanum rozpoczyna się w sferze marzeń, gdzie dusiołek, jeziorna boginka, duszki pszenicy i inne stwory jawią się jako dobre wróżki spełniające skrywane życzenia. Tak więc wójt Tajemnik marzy o czerwonych butach, a prosty chłop Dziura śni o kobiecie, która urozmaiciłaby samotne godziny spędzone nad kieliszkiem. Nic nie jest tutaj niewinne i czyste. Ludowe podania, choć baśniowe i magiczne, pełne są tajemnic oraz zła, które czyhają na wszystkich samotnych wędrowców, prowadząc ich w konkluzji ku „słodkiej” śmierci. Ta w przedstawieniu Mumerusa ostatecznie nie następuje – zbyta zostaje śmiechem, bądź absurdalnymi radami miejscowej, bogobojnej znachorki.
Poza samą tradycją folklorystyczną, do której sięga Teatr Mumerus, Tajemnik stanowi mocne echo teatru Witkacego i Cricot 2 Tadeusza Kantora. Utrzymana w surowej, szarej tonacji scenografia − drewniane skrzynie, puste, stare ramy obrazów, przez które przemawiają postaci-manekiny, zużyte, płócienne kostiumy, zbieranina starych sprzętów ludowych… wszystko martwe, zakurzone, jakby wyjęte wprost z muzeum. Cała ta zbieranina jest, wbrew pozorom, aktywna − skrzeczy, skrzypi wraz z ludowymi instrumentami. Narrator, podobny do pociągającego za sznurki Kantora, gra na cymbałach, blaszanych i drewnianych przeszkadzajkach, rytmizując przedstawienia, które w dość pesymistycznej konkluzji wieńczy aluzja do Szalonej Lokomotywy Witkiewicza − perspektywa nieuchronnej mechanizacji świata, zimnej konstrukcji, jakiej nie są w stanie oprzeć się nawet barwne, ludowe zjawy. Dodając do powyższych uwag bardzo dobry poziom wykonania i przemyślaną kompozycję, spektakl zdecydowanie polecam!
Magda Bałajewicz

Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 66/2013


Tajemna wyprawa


Człowiek to dziwna istota, która żyje na granicy dwóch światów - cudownego, zmysłowego i powszedniego, racjonalnego, a w żadnym miejsca znaleźć sobie nie może. Taki właśnie jest ludzki los widziany oczami Leśmiana. I z takimi problemami borykają się bohaterowie „Tajemnika” spektaklu teatru Mumerus w reżyserii Wiesława Hołdysa.
Jak dowiadujemy się z programu do spektaklu, scenariusz oparty jest na fragmentach „Klechd polskich" Bolesława Leśmiana i „Baśni o żelaznym wilku" Światopełka Karpińskiego. Baśnie te są zbiorem postaci przeniesionych z ludowych opowieści i wierzeń. Występują tam zarówno postaci ludzkie jak i wszelkiego rodzaju stwory, potwory i nimfy. Z racji tego, że na scenie występuje tylko pięciu aktorów, każdy z nich wciela się w kilka istot, odkrywając w ten sposób zmienną naturę człowieka.
Kiedy weszłam do piwnicy Teatru Zależnego Politechniki Krakowskiej na ul. Kanonicznej 1, w której odbywał się spektakl, aktorzy leżeli już na scenie wśród wielu obiektów. Cała scenografia składała się z „przedmiotów najniższej rangi", przedmiotów biednych: dwóch skrzyń, krzesła, miotły i rozwieszonych wieszaków. Znakomicie współgrało to z piwniczną przestrzenią. Nieruchomi aktorzy zdawali się być jednym z elementów tej scenografii. Istota ludzka została sprowadzona do bio-obiektu, wywołując w widzu poczucie lęku. Oto człowiek jest tylko zwyczajną cząstką tego świata, a nie jednostką nadrzędną i wyjątkową.
Lęk ten nie jest bezpodstawny, bo gdy wspomnimy słowa Guy de Maupassanta, to właśnie z lęku człowiek stworzył wszelkie licha i zjawy, które wciąż go nawiedzają. Ale czy na pewno nawiedzają? Już w pierwszej scenie aktorzy, zajmując się drobnymi czynnościami dnia codziennego, wywołując wilka z lasu. W rytualnym i rytmicznym akcie szorowania obiektów (butów, podłogi, szafy) przywołują dusiołka i inne zmory. Mamy więc w spektaklu do czynienia z dwoma przestrzeniami, które się na siebie nakładają. Jest to analogiczne do dwoistej natury człowieka. Marcin Dziura (Jan Mancewicz), swoją drogą znakomita i bardzo sugestywna gra aktora, który czarował widzów wyrazem twarzy i niesamowicie zabawnymi drobnymi gestami. W samotności siedział, pił i milczał, a że mu czegoś brakowało, to zaraz jedna z rusałek, niejaka Majka (Anna Lenczewska), swój warkocz podrzuciła i Dziurę w wodne głębiny chciała wprowadzić. Kusicielka Maja stworzyła bardzo wyrazistą postać, może nawet, aż nadto wyrazistą. Jej charakterystyczny dźwięczny i melodyjny głos nęcił naszego bohatera i przyciągał ucho widza. Niestety poza erotycznym głosem ludowa rubaszność tej postaci nie została wydobyta.
Na pochwałę zasługuje Beata Kolak, grająca prostą wieśniaczkę, żonę wójta z opowiadania „Wiedźma" Leśmiana. Aktorka w sposób swobodny i zabawny zagrała naiwną i prostacką babę, oddartą z ludzkiej wyższości. Jest to nie lada zadanie, a żeby kobieta w średnim wieku wcieliła się w postać zachowaniem przypominającą raczej małą niewinną dziewczynkę. Ten prostacki charakter postaci udało się również uchwycić jej mężowi, wójtowi (Karol Piotr Zapała), który wcielił się również w postać Jana Tajemnika. Ci prości ludzie, najlepiej ukazują walkę dwóch natur we wnętrzu człowieka.
Najbardziej intrygującym bohaterem tego spektaklu był dla mnie Robert Żurek aktor siedzący po lewej stronie, przez połowę przedstawienia odwrócony do widza plecami. Swą obecność z początku zaznaczał tylko dźwiękiem wydobywanym z ludowych instrumentów, bądź melodyjnie wypowiadanym tekstem. Rzadko można było ujrzeć jego twarz, gdyż zwykle publiczności ukazywał się w maskach. On też odpowiedzialny był za przywoływanie zjaw. Te ludowe stwory przybywały wraz z dźwiękami muzyki charakterystycznej dla pogańskich obrzędów. I w tej muzyczności została zawarta istota baśniowej scenerii. Te elementy spektaklu z pewnością były najciekawsze i to one niejako nęciły widza i zapraszały do fantastycznego świata. Muzyka oddziaływała również na aktorów, którzy, wydobyci ze swej codzienności, wpadali w trans i poddawali się dźwiękom, wchodząc w sferę metafizyki. Muzyczno-baśniowa przestrzeń kusiła i zachwycała, była miłym oderwaniem od codzienności. Prezentacja prozaicznego ludzkiego życia w spektaklu usnuta była wokół dużych partii tekstu i drobnych gestów aktorów. Była raczej nudna i przydługa. Może był to zabieg celowy, dla ukazania prozaiczności naszego życia, a może po prostu zabrakło wartkiej dynamicznej akcji, której oczekuje się od tego typu opowieści.
Wspomniane przeze mnie maski, których używał Robert Żurek wymagają dodatkowego podkreślenia. Jan Polewka, odpowiedzialny za tą część spektaklu, spisał się znakomicie, tworząc zadziwiające i zarazem zachwycające reinterpretacje demonów. Nawet w moich najgorszych snach diabeł nie miał twarzy zrobionej z podeszew. A tak właśnie został przedstawiony w „Tajemniku". Skrzaty i demony wyobrażano sobie na różne sposoby. W spektaklu ich dziwność upleciona została z hydraulicznych elementów: te metalurgiczne przedmioty otaczają nas wszędzie, emitując chłód.. Jednak na scenie, skomponowane razem i wydobyte ze swojego codziennego użytku, przerażają , ale zarazem fascynują w momencie ożywienia.
Przedstawienie stanowi spójną opowieść, wprowadzającą widza w tajemny świat ludowych stworów. Spektakl „Tajemnik" jest z pewnością dziełem wartym obejrzenia. Obcowanie z ludowym człowiekiem nęconym przez licho mówi wiele o naturze ludzkiej w pięknej choć „ubogiej" formie. Publiczność na widowni często reagowała śmiechem na wiele rubasznych sytuacji. Choć aktorzy w spektaklu nie wchodzili zbyt często w interakcje, to jednak, jako że siedziałam w pierwszym rzędzie doleciała do mnie woda wypluta przez wynurzającego się z morskiej przestrzeni Marcina Dziurę. Natomiast zarzut, jaki mam do przedstawienia, to zbyt duże pauzy i brak odpowiedniego rytmu, który z pewnością wpłynąłby na jeszcze lepszy odbiór. Twórcy mieli też problem z rubasznymi elementami, które kojarzone są z kulturą ludową, a które zostały zrealizowane raczej nieśmiało i lękliwie.

Daria Kubisiak
Dziennik Teatralny Kraków
14 lutego 2013

Portal Dziennik Teatralny


Odłóżcie szkiełko i oko (Tajemnik)

Niewyjaśnione i niesamowite leży gdzieś na pograniczu fascynacji i lęku, zauroczenia i odrazy. Utrwalone w kulturze, nie tylko ludowej, licho nie śpi nawet w głowie największego racjonalisty. Tajemnik oferuje skondensowany przegląd zabobonów i legend opowiedziany cudownym językiem Bolesława Leśmiana i Światopełka Karpińskiego.
W mikrokosmosie spektaklu coś stale chrobocze, stuka i jęczy, a jego bohaterowie są nieco naiwnie nastrojeni na słyszenie i widzenie nadnaturalnego. Jak dzieci, którym Pustelnik nakazuje pochylić się nad kantorkiem, aby usłyszeć skargę kołatka. Nas, widzów, zachęca się do przyjęcia podobnej optyki. Nie zobaczymy sztuczek czy efektów specjalnych, za to wiele jest metafor wizualnych i dźwiękowych zapraszających do uruchomienia wyobraźni i nieracjonalnych form postrzegania świata, pozwolenia, aby wykiełkowało ukryte w każdym ziarno przesądów.
Przez świat czarownic, wodnic i diabłów prowadzi nas chyba najbardziej tajemnicza postać – narrator (Robert Żurek), chowający się za różnorodnymi, fantastycznymi maskami wykonanymi z przedmiotów codziennego użytku, metalu i drewna, poskręcanych w fantastyczne formy, ujawniając swoją „prawdziwą” twarz dopiero w finale. Jest trochę dyrygentem, a trochę muzykiem (to właśnie on wydaje część niepokojących dźwięków nadających rytm przedstawieniu), postacią niedookreśloną, przywodzącą na myśl niektóre elementy teatralnej obecności Tadeusza Kantora . Skojarzenie podsyca tylko umiejscowienie teatru – na ulicy Kanoniczej, tuż obok Cricoteki.
Pozostali pod wpływem muzyki przechodzą w półświadomy taniec, tworząc korowód dookoła pomieszczenia i wchodząc w przestrzeń nadnaturalną. Kontakty z nią i złamanie naturalnego porządku życia ludzkiego zawsze niosą ze sobą niebezpieczeństwo, jak w przypadku wiedźmy (Anna Lenczewska) z opowiadania Leśmiana, która, żeby w końcu umrzeć, musi najpierw pozbyć się wiedzy lub wodnicy, niestrudzenie próbującej utopić swoją ofiarę. Sztuka płynnie łączy motywy zaczerpnięte z folkloru z lękami bliższymi współczesnej science-fiction, czyli buntem maszyn, które wyzwolone spod władzy człowieka, buszują po świecie, obracając się przeciwko ludzkości. Wcześniejsze licha dawały się oszukać lub oswoić, jednak w miarę rozwoju przedstawienia stają się coraz bardziej nieokiełznane i nieznane. W finale nadchodzi zapożyczona z opowiadania Maupassanta Horla − połączenie słów hors (ponad) i là (tutaj), czyli istota zupełnie spoza porządku naszego świata, niepoznawalna i nieokiełznana. Wraz z jej nadejściem strachy stają się na tyle groźne, że ludzie − aktorzy muszą zejść ze sceny świata. Pozostajemy bezradni w obliczu nieznanego.

Aleksandra Spilkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 66/2013







Jarmark cudów
MumerusGdzież się one czasy podziały,
Kiedy kiełbasy po świecie latały?

Więcej >


Mumerus


Mumerus
Ana Nowicka
Mumerus
Beata Kolak
Mumerus
Anna Lenczewska
Mumerus
Olga Przeklasa
Mumerus
Karol Zapała
Mumerus
Robert Żurek

Jarmark to miejsce, gdzie prezentuje się różne cudowne przedmioty, czary i remedia, a także na którym występują wędrowni kuglarze, szarlatani,pątnicy, dziadowie i żebracy. Na tym jarmarku gra muzyka, leczy się wszelakie choroby,wypędza diabła,śpiewa nabożne pieśni, a nawet można się uwolnić od opętania . Czasem też pojawiają się czarownice w towarzystwie pokuśników. Można też zobaczyć kukiełkowy teatr przedstawiający Nędzę z Bidą, co z Polski nie wynidą, a czasami pojawia się na nim diabeł w swojej własnej, to jest strasznej, postaci. "Jarmark cudów" to sowie czyli błazeńskie zwierciadło.
Spektakl prezentowany jest w dwóch wersjach - w pomieszczeniach zamkniętych i wersji plenerowej.

Scenariusz, reżyseria, produkcja: Wiesław Hołdys
Scenografia: Jan Polewka
Muzyka: Barbara Zawadzka
Wykonawcy: Beata Kolak / Ana Nowicka, Anna Lenczewska, Olga Przeklasa, Karol Zapała, Robert Żurek
Kapela: Ewa Ryks, Dominik Klimczak, Michał Braszak/Józef Michalik/ Lesław Wydrzyński, Janusz Witko

Premiera - maj 2008

Spektakl powstał przy udziale finansowym Województwa Małopolskiego oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


Remedium na zły urok


"Polubiłam Teatr Mumerus - teatr Wiesława Hołdysa. Teatr, za którym nie stoją wielkie instytucje i nie ciągną krytycy-adoratorzy. Hołdys stawia na wyobraźnię, posługuje się metaforą, nie mówi wprost, nie stawia tez. Przypomina o istocie, o korzeniach teatru - miejscu, gdzie rzeczywistość powinna ustępować kreacji, a aktor staje się szlachetnym kłamcą, genialnym obłudnikiem.

Nowy spektakl tego reżysera pt. Jarmark cudów jest drugą, kameralną odsłoną projektu Mit środka Europy: Jarmark cudów prezentowanego wcześniej na dziedzińcu Muzeum Etnograficz­nego. Nawiązuje do tradycji sowiźrzalskiej, czyli sowiego (a właś­ciwie błazeńskiego) zwierciadła - w scenariuszu wykorzystano wywodzące się z tego nurtu anonimowe teksty pochodzące z XVII wieku, takie jak Peregrynacja dziadowska, Nędza z Bidą z Polski precz idą, a także wszelkiego rodzaju magiczne porady, przepisy i zaklęcia. To jeszcze inny rodzaj akrobacji - Hołdys pracuje ze swoimi aktorami posługując się tekstem dla współczesnego użyt­kownika polszczyzny całkowicie hermetycznym. I czyni to mi­strzowsko.

Jarmark to u Hołdysa prawdziwe centrum świata, miejsce, gdzie wszystko może się przydarzyć. Uzdrowienia, iluminacje, kłamstwa, oszustwa, najpospolitsze z przestępstw. Jarmark to miej­sce wymiany, przepływu energii, dobra i zła. Kosmicznego spo­tkania. Hołdys buduje narracje spektaklu wprowadzając widza w dziwny trans. Nie daje mu spokoju ani przez chwilę: hałasy intensywnieją i cichną starannie odmierzone, rytmy nasilają się i opadają, groza miesza się z momentami pogody. A teksty dotykają spraw fundamentalnych: sytości i głodu, zdrowia i choroby, życia i śmierci.

Hołdys ma poczucie humoru, choć początkowo wcale nie jest to oczywiste. Na jarmarku nie wszystko jest prawdą i nie każdy świątobliwy dziad to prawdziwy uzdrowiciel. I nie wszystkie czary i uroki się sprawdzają. Szczerze mówiąc, większość to zupełna blaga. Mam jedno zastrzeżenie - spektakl jest za krótki, trwa niespełna godzinę. Dałabym się tak oszukiwać przez co najmniej drugie tyle czasu. Na scenie Teatru Zależnego."

Justyna Nowicka

Kraków. Miesięcznik społeczno - kulturalny

styczeń 2009, nr 1, s.84-85


Justyna Mądro
"Jarmark Cudów" w teatrze Mumerus - recenzja


„Jarmark cudów” w wykonaniu Teatru Mumerus to prawdziwe cuda na kiju. Kraków ma w sobie pamięć książek, a Teatr Mumerus pasję ludzi, którzy go tworzą. To właśnie w krakowskich piwnicach przy ul. Kanoniczej 1 te dwa elementy połączyły się na wspólnej scenie.
„Jarmark cudów” pachnie przeszłością. Żebracy, wędrowni dziadowie, kupcy – każdy próbuje ugrać coś dla siebie. Tutaj trzeba mieć oczy dookoła głowy, w każdej chwili może okazać się, że zakupiony towar miał lepszy PR niż działanie. Jeden ze sprzedawców bezbłędnie diagnozuje schorzenia publiczności, oferując pietruszkę na problemy z potencją. No może nie do końca bezbłędnie, bo po kilku chwilach wyciąga garść pietruszki w moją stronę – „Weź se! Tobie też się przyda!”. Mimo że głusi i chromi – aktorzy wchodzą w interakcję z publicznością. Piwniczne sale przy ul. Kanoniczej 1, przygaszone światła, scenografia i w pewnym momencie naprawdę można zapomnieć, że ten starodawny jarmark nie dzieje się naprawdę. Ta kreacja historii idealnie odnajduje się pod dachem współczesności. Aktorzy zagęszczają atmosferę, odprawiając egzorcyzmy, by za chwilę zmienić front i rozbawić bajką o „Nędzy z Bidą, co z Polski idą”. „Diabeł” i „baba” odmieniani przez przypadki w końcu toczą walkę na widły i miotłę. Nawet sam ksiądz Natanek złapałby się za głowę.
Diabeł, który opętał kobietę (dobrze, że nie chciała iść na zakupy, bo wtedy dopiero byłby koniec świata) chce zmienić obiekt opętania i przenieść się na „chłopa, co w rowie spokojnie leży”. Na to nie zgadza się egzorcysta – męska solidarność czy jak? Aktorom towarzyszy dobiegająca gdzieś zza kotary muzyka, która buduje napięcie w wielu scenach. Teatralna przestrzeń powoli zapełnia się treścią ludzkich wierzeń, a wśród nich czary i uroki to tylko jeden z wielu wątków. Choć „diabeł wie, co wisi u samej wątroby”, o tym, co w teatrze piszczy najlepiej powie nam Teatr Mumerus.
Justyna Mądro
Portal miasteczkostudenckie.pl

Katarzyna Borys
Melodie jarmarczne


"O wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem..." będzie to spektakl. Sęp Szarzyński niech się w grobie przewraca na wieść, że tak radośnie i energicznie można o walce tej mówić, nie zapominając oczywiście o adekwatnej dla tematu nutce smutku.
"Jarmark cudów" - tytuł wiele wyjaśnia: to szalona karuzela postaci, antologia zapomnianych już remediów na wszelkiej maści niemoce ciała i ducha: od opętania, przez impotencję, po katar. Wsiadacie?
Na to pytanie widz odpowiedzieć może dwojako, w zależności od swych mocy wewnętrznych i fizycznej wytrzymałości. Jak przekonuje sprzedawczyni "świętych" obrazów, szukająca nabywcy na "cudowny wizerunek" (rodem z opowieści o nowych szatach cesarza) - kto duszę ma czystą i chłonną ujrzy na nim świętą postać. Kto zaś zbrukany, zobaczy tylko białe płótno. Tak samo ze spektaklem - kto ma fantazję i da się ponieść koncepcji reżysera, podkreślonej mięsistą grą aktorów - znajdzie się na średniowiecznym bazarze, pełnym cudów, "w towarzystwie pokuśników".
A na jarmarku prawdziwy korowód postaci: wędrowni kuglarze, pątnicy, wiedźmy, opętane zakonnice, egzorcyści. Krótko mówiąc - przedstawiciele szanownych, acz zapomnianych już profesji. Postaci niby zindywidualizowane, a jednak wspólnie, chórem wygrywające szaleńcze melodie jarmarczne. Publiczność, przez głos ten nawoływana, staje się tłumem gapiów-współuczestników. Warto poddać się magii zaklęć, tajemniczych mikstur czy cudownych ziół - wiele można z mądrości ludowej zaczerpnąć. Jak okazuje się w trakcie spektaklu, szczególnie godna polecenia jest pietruszka (zło odgania!), nie wiedzieć czemu dziś sprowadzona do roli ozdoby w rosole.

Spektakl przywołuje na myśl rosyjskie matrioszki. Teatr w teatrze, niczym baba w babie, nie jest w przypadku tego ludycznego przedstawienia porównaniem deprecjonującym. Teatrzyk kukiełkowy "Nędza z bidą z Polski idą" zawarty (także tematycznie) w teatrze jarmarcznym, mieści się w spektaklu, w którym współuczestniczymy. Przed widzem otwierają się co rusz kolejne drzwi niczym "stacje" nowej, intrygującej sceny.
Oto pojawia się zakonnica - początkowo mrucząca pod nosem nabożne modlitwy, profilaktycznie szepcząca swoje mantry. Dusza jej jednak jest w kolorach habitu - biało-czarna. Szybko trafia w sidła zastawione przez "złe". Obserwujemy scenę, w której upadła siostra siedzi na drabinie. Drabinie, rozkraczonej niczym dusza opętanej, między Niebem a Piekłem. A obok ksiądz-egzorcysta, w podobnej pozie, na podobnym siedzisku, co nie pozostanie bez konsekwencji dla jego dalszych losów. Na jarmarku nikt nie zna dnia ani godziny, gdy jego dusza chyłkiem przemknie spod jednych rządów w inne.
Odgrywanym scenom towarzyszy sztafaż adekwatnych dla miejsca i epoki przedmiotów. Klekoczą kołatki, sprzedawane są obrazy i szkaplerze, w ruch idą kropidła, a gdy te nie pomogą w wypędzaniu sił nieczystych, także widły. Są i średniowieczne środki transportu - wóz drabiniasty czy taczki mieszczą cały dobytek bohaterów.
Niezwykła energia przedstawienia, będąca zasługą charyzmatycznego aktorstwa, jest napędzana dodatkowo przez muzykę graną na żywo. Szczególnie akordeon kojarzony z biesiadami, sprawdza się na tym kolorowym bazarze.
Słowem - "Jarmark cudów" to soczysta porcja historii teatru, bez nudnego dydaktyzmu, sugestywna i niezwykle dynamiczna.
Katarzyna Borys
Internetowy magazyn teatralny Teatralia



Jarmarcznicy trzęsigłowy


„Niecodzienne zbiegowisko na śródmiejskim rynku” – ni to jarmark, no to sabat, dziadowska peregrynacja czy dusz zbolałych leczenie. Którędy diabeł wszedł, tedy i wyjść musi. Grozi więc rozpustnicy opętanej mnich na gałęzi się huśtający, co kropidłem strasząc, wyklinanie czyni. Na rynku wielkie na czary zapotrzebowanie. Zwołując tych z prawa i tych z lewa, „do mnie, do mnie” krzyczą kuglarze. Widzowie, niczym dzieci zaczarowane cudami średniowiecznego jarmarku, ku coraz to nowszym zabiegom odwracają głowy, w roześmianiu, w słów potoku rozedrganymi przebierając rękami. Tu z beczki czarownica zawoła, opodal teatrzyk Bidy z Nędzą się rozkłada, tam znów „szkaplerze, różańce, medaliki (…), kamfora, którą należy w wódce rozpuścić”, księgo tajemne, a nawet sam rogaty w skrzyneczce, co wielce będzie wdzięczny za wypuszczenie.

Zaklęć, zawołań masa cała. „Uczyń napar, wypij świeży / A świat w słowa twe uwierzy…”. A dalej proszek przeciw kostusze i pietruszki ziele… na impotencję (lub, jak kto woli, na kuglarską „gupote”). Magiczne to obrzędy, co śmiech wskrzeszając, mieszać się każą światom. Obok sposobów na czarownicy złe oko (a przecież wszyscyśmy jakoś oczarowani, nie pomogło wiązanie czerwonej wstążeczki?) relikwiami handel się kręci, cudaczne się rozkładają obrazy dawno nie święte. Dalej znów „w drzwiach świątyni na serwecie krzyże po trzy grosze”.

Mnich, co diabła wypędza – a może i kusi „by mu dogodził, by go nawiedził” – chwil kilka później rogatego przybiera oblicze. Wszak wiadomo z baśni, że wypędzony co prędzej w najpodatniejszą na swe wpływy wskakuje duszę. Teraz zwierciadłem mamić zaczyna, na świat rogi swe czerwone, siarki zapach drażniący i ogon włochaty przywlec próbuje. A pcha się to… W rytm muzyki Złego wymiatanie. Bo choć gdzie nie może sam, tam babę pośle, to tylko baba, a nie Rituale Romanum, ostatecznie da mu radę.

Na jarmarcznej scenie z desek złożonej krzywo stykają się światy. Dobro i zło sobie w oczy patrzą, duchy nad głowami wirują, słowa stają się ciałem, drwina przez ramię zagląda, a zaklinane sprawy najistotniejsze nagle wydają się prostsze. Budzą podziw i… trwogę. Omotani muzyką, zaplatani w słowa chodzimy, „prostaczkowie szczęściem oczadzeni”, w tym sowim zwierciadle świata na opak, gdzie w siedemnastowiecznym tekście, niczym w krzywym lustrze chwil, odbijają się tęsknoty nie takie znów obce współczesnym. Świat jarmarcznej sceny sprzedając śmiech, urealnia absurd, tym samym niemal w każdej scenie puszczając do nas oko. A wszystko to „niedomarzonych szafarze marzeń (…) Starzy kuglarze”.

Magdalena M. Baran

Kultura liberalna

czerwiec 2009

http://kulturaliberalna.pl/




Cuda i latające kiełbasy z sowizdrzalskiego kramu


"(...)Mumerus to jeden z krakowskich zespołów offowych, który potrafi zaskoczyć widza niekonwencjonalnymi rozwiązaniami, niezwykłymi efektami, uzyskanymi dzięki prostocie środków ("Dr K Hommage a Franz Kafka"), czy niebanalnym przełożeniem malarstwa na język sceny ("Cyrki i ceremonie" inspirowane malarstwem Witolda Wojtkiewicza). Po obejrzeniu kilku przedstawień powoli zarysowuje mi się istota tego teatru, choć od razu zaznaczam, że to zaledwie zarys szkicowy, gdyż nie znam całości twórczości zespołu, by móc o niej więcej orzec. Do tej pory zaobserwowałam, że w centrum zainteresowań Mumerusa stoi szaleństwo w szerokim tego słowa znaczeniu - od szału artysty, który rodzi oniryczne wizje, poprzez doświadczenia człowieka na granicy życia i śmierci, tak bliskie szaleństwu, po obłęd wpisany poniekąd w codzienną egzystencję człowieka średniowiecza, rzuconego między mrok i tajemnicę gotyckiego kościoła a pogańskie obrzędy czy czary, odstraszające złe duchy. Nie jest to szał wystudiowany, wydestylowany w warunkach laboratoryjnych, zazwyczaj generuje się samoistnie gdzieś pomiędzy żartem (bo i tego nie brakuje w przedstawieniach Mumerusa), słowami piosenki o prostej, choć silnie przyciągającej melodii. Bywa też w podniszczonych rekwizytach, w poetycko budowanych obrazach scenograficznych - wypełnia niewielką scenę przy ulicy Kanoniczej, niczym powietrze, ale powietrze czyste, nie wywołujące duszności.

"Jarmark cudów" to spektakl plenerowy, więc od początku ciekawiło mnie, jak artyści poradzą sobie z zamknięta przestrzenią i czy przedstawienie przejdzie bez uszczerbku tę próbę. Rozpoczęlo się od hałaśliwego pochodu grajków, czarownic, kramarzy, błazna, duchownych, zachęcających widzów do wspólnego przejścia z sali na parterze budynku, schodami do piwnicy, gdzie znajduje się scena Teatru Zależnego, zrzeszającego krakowskie teatry niezależne. Początkowo uśmiechałam się tylko bez przekonania, bo nie wierzyłam, że coś wyjdzie z tego "hasania", nijak oddziaływującego na przestrzeń. Ot, przyszli aktorzy i robią wiele hałasu. Przekonywały mnie powoli świetnie dobrane anonimowe teksty, prawdziwe perełki literatury sowizdrzalskiej pochodzące z początku XVII wieku, np.: "Peregrynacja dziadowska", czy "Nędza z Biedą z Polski precz idą" . Kolejnym czynnikiem, pozytywnie wpływającym na recepcję przedstawienia, były rekwizyty, stroje oraz lalki; pozwalały odczuć atmosferę jarmarcznego zbiegowiska na placu targowym sprzed ponad 400 lat, nie będąc zarazem nudnym ilustrowaniem historii - wiernym, choć pozbawionym ducha epoki. Stąd też szczypta humoru w samych strojach, jak choćby fikuśny kapelusik ze świeczkami na głowie Błazna (Anna Nowicka). Duże wrażenie zrobiły także rekwizyty - ogromna drewniana beczka, z której co jakiś czas wychylała się głowa zuchwałej czarownicy, zachęcającej do skorzystania ze swoich nadprzyrodzonych umiejętności, lub skosztowania naci pietruszki, która jest podobno niezawodnym remedium na... impotencję. Nie mogę nie wspomnieć o dewocjonalia wszelkiej maści - od medalików i różańców, z zapałem zachwalanych przez kramarza, poprzez liczne obrazki przedstawiające świętych, po tryptyk malarski wykonany na drewnianych deskach, składanych do środka, umocowany na plecach wspomnianego już Błazna; od wewnętrznej strony tryptyku wymalowano wizerunki świętych, przywodzące skojarzenia z ikonami bizantyjskimi.

Po scenie targowej aktorzy otwierają drzwi (stare, masywne - co jest tutaj niewątpliwą zaletą, gdyż świetnie wpisują się w poetykę przedstawienia) do właściwej sali teatralnej. Teraz dopiero zaczną się harce sceniczne - radość prostej egzystencji, witalność, zabawa inkrustowana umartwianiem się nad własną niedolą, złymi warunkami materialnymi, czy nieprzewidywalnością losu. Pojawia się motyw teatrzyku lalkowego, dla zainscenizowania tekstu "Nędza z Biedą...". Będą też egzorcyzmy, wypędzanie Diabła z opętanej jego mocą kobiety. Nie zabraknie sabatu czarownic, tajemnych zaklęć, zalecających użycie podejrzanie brzmiących ingrediencji.

Atutem spektaklu jest jego dynamiczny rytm, zmienność, jak i swoista muzyczność - dosłowna i wynikająca z samego tempa "dziania się". Twórcom udało się stworzyć spektakl barwny, pulsujący energią, wydobywaną z wielu różnorodnych elementów, często o przeciwnych ładunkach (zderzanie sacrum i profanum). W swym dziele są chyba najbliżej mojego wyobrażenia tego, jak mogło potencjalnie wyglądać codzienne życie w średniowieczu, z zachowaniem całej irracjonalności i tajemnicy epoki. Podsumowując, zostałam pokonana, jednym, krótkim zaklęciem odpędzono mój początkowy sceptycyzm. Dla tych, którzy jednak nadal wątpią w wartość przedstawienia, wyreżyserowanego przez Wiesława Hołdysa, przygotowałam maleńki passus na zachętę. Czy poniższe wersy nie byłyby muzyką dla uszu surrealistów lub innych awangardystów (de facto sowizdrzałowie stanowili bodaj pierwszy w Polsce przykład cyganerii artystycznej, swoistej awangardy)?

"Gdzież się one czasy podziały,
Kiedy kiełbasy po świecie latały?"

Apeluję zatem - nie lekceważmy literatury sowizdrzalskiej!"

Agnieszka Dziedzic

Teatralia - Internetowy Magazyn Teatralny

www.teatralia.com.pl.


Czy podróże w czasie są możliwe?


"15 września w Krakowie na dziedzińcu Muzeum Etnograficznego mieszczącego się przy ul. Krakowskiej 46 po raz szósty zarejestrowano przybycie czarodzieja, który owych kilka metrów kwadratowych, wraz ze znajdującymi się tam gośćmi, przeniósł o 400 lat wstecz.

Nagle, między nieco zdezorientowanymi obywatelami rodem z XXI w. zaczęli pojawiać się pątnicy, kuglarze i kupcy namawiający do nabywania ich towarów.

"Chodźcie, chodźcie, chodźcie! Chodźcie! Chodźcie! Bliżej chodźcie do mnie! Towary moje w części do nabożeństwa, w części do ozdób służą. Jako to: szkaplerze, różańce, medaliki, obrazki święte, a takoż tasiemki, wstążeczki, a dla niewiast korale. W koszyczku tym znajdują się lekarstwa. Jako to: nasienie cyforowe od robaków, kwas siarczany od wysypek, kamfora, którą należy w wódce rozpuścić... pomocna jest na suche bóle, stłuczenia, puchliny wszelakie, aaa... także siarka i magnezy trawiące kwasy w żołądku. W skrzyneczce tej znajduje się diabeł mały, na powrót schwytany. Jeśli kto tę skrzyneczkę kupi (tysiąc dukatów u mnie) i diabła wypuści, temu wiecznie służyć będzie, wdzięczny za uwolnienie.(...)"

Ledwie ów nieznajomy skończył, zaraz za plecami dało się słyszeć niemal rozkazujące nawoływanie jednej z kobiet:
"Agnuski ludziska, agnuski! eee! Chodźcie tutaj! Extra ordynaryjnej mocy agnuski! Czyli boże baranki. Odlane z niedopalonego paschału papieskiego, a poświęcone siedem razy przez siedmiu ojców świętych. Każdy z nich poświęcił je siedem razy co siódmy rok swego pasterzowania na ziemi. Wtedy ów, poświęcony siedem razy siedem wtedy ile? 49 razy mocniejszy od agnuska pospolitego. (...) Ogień, ogień gaszą lepiej niż sól św. Agaty. Pamiętacie ludziska agnuski!"

Ktoś poczytne księgi promuje, kto inny proszek przeciw kostusze... aktorzy wołają na przedstawienie teatrzyku kukiełkowego; oto: "Nędza z Bidą z Polski idą". Pełno gwaru, tłumy kupujących, oglądających, aż tu nagle... aż tu nagle słychać głos opętanej kobiety. Mnich nawołuje obecnych do modlitwy nad nią i złego ducha wypędza. Rozlegają się jarmarczne śpiewy i tańce, wszystkiemu towarzyszy XVII-wieczna muzyka.

"Gdzie się tamte czasy podziały
Kiedy kiełbasy po świecie latały."

Jeszcze jakaś żebraczka, jeszcze jakiś oszust próbuje wyłudzić pieniądze... gdzieś zniknęła kobieta w kapeluszu z płonącymi świecami... milkną śpiewy i muzyka... Wybiła godzina i czar prysł niczym w baśni o Kopciuszku. Znów powróciliśmy do współczesności.

(...)"Jarmark cudów" powstał w nawiązaniu do staropolskich form teatralnych opierających się na bezpośrednim kontakcie z publicznością. Spektakle owe odbywały się na dziedzińcach, umożliwiając aktorom wmieszanie się pomiędzy widzów. Użyte teksty jak: "Peregrynacja dziadowska", czy "Nędza z Bidą z Polski idą" pochodzą z literatury XVII-wiecznej. Pozostałe (zaklęcia i remedia na demony napisane piórem reżysera) powstały w oparciu o źródła etnograficzne.

- Mam takie zamiłowanie do grzebania w 'starociach' - mówi dalej reżyser. - Czuję, że to jest takie współczesne. Niewiele się od tamtych czasów zmieniło. Szczególnie plebejscy pisarze: zwykli ludzie wiedzieli bardzo wiele o innych i stworzyli teksty, które pozostały aktualne do dzisiaj. Nie mam wrażenia, że to jest jakieś archaiczne. Bardzo nie lubię uwspółcześniania klasyki. Jest to robienie z ludzi idiotów."

(...)Nic jednak nie stanie na przeszkodzie czarodziejowi, przybyłemu z dawnych wieków, by oczarować publiczność i przenieść ją ponownie w świat jakże bliski jego sercu. By kolejny raz pokolenie internetu postawić na jarmarcznym placu i pozwolić im poznać ludzi tak niewiele różniących się od nich, choć pochodzących z 'zamierzchłych czasów'. (...)

Dominika Putyra

www.wiadomosci24.pl


Zofia Śledź
Magia na współczesnym jarmarku


Opuśćmy na chwilę centrum Krakowa, uświęcony wielowiekową tradycją ośrodek wysokiej kultury, świat instytucji oficjalnych i elity, by znaleźć się w zupełnie nowej, magicznej przestrzeni ludowej. Do Jarmarku Cudów, krainy szarlatanów i swojskich szatanów, opętańców i żebraków, wypełnionej dymem świec, wrzaskami i ludowym gwarem, zabiera nas krakowski Teatr Mumerus wraz z czeskim teatrem PiDivadlo. Działalność teatru Wiesława Hołdysa do tej pory koncentruje się głównie na poszukiwaniu nowego wymiaru teatru, sięganiu do nietypowych i nieznanych źródeł, m.in. staropolskich inscenizacji czy awangardy, a także na próbach ukształtowania nowej przestrzeni i nowej publiczności. W tym przypadku otrzymujemy niezwykle oryginalne, autorskie przedstawienie, oparte na nieznanych przeciętnemu odbiorcy historycznych tekstach literatury jarmarcznej. Artyści czescy i polscy usiłują razem przybliżyć współczesnym odbiorcom nasze wspólne korzenie sztuki, jednocześnie odnawiając teatr, a właściwie w ciągu jednego wieczora z pomocą magii od nowa powołują go do życia.
Na miejsce Jarmarku cudów wyreżyserowanego przez Hołdysa został wybrany spadzisty, zielony, częściowo ogrodzony murem teren, stanowiący fragment parku przy zabytkowej Wilii Decjusza. Nie ma tu sceny, ani rzędów foteli dla publiczności. Właściwie przybyli na miejsce widzowie nie wiedzą dobrze co ze sobą zrobić, jedni, wyczekując początku spektaklu, siadają na otaczającym ogród murze, inni krążą, przyglądając się porozstawianym tu i ówdzie elementom scenografii. Dekoracja autorstwa Jana Polewki składa się z dwóch podestów zmontowanych z drewnianych stołów, desek i skrzyń. Przy jednym z nich, wielka beczka. Na trawie, przy podwyższeniach są blaszane wiadra i miski pełne płonących świec. W górnej części terenu, stary, chłopski wóz, a u stóp wzniesienia stoi przykryty zieloną płachtą parawan, przestrzeń gry teatru marionetek. Wśród widzów przechadza się Doktor Faustus, reżyser PiDivadla Jan Prokes, ubrany w diabelską czarno-czerwoną pelerynę, zaś przy murze tkwi postać w brązowych łachmanach, dźwigająca na plecach, niczym skrzydła, coś na kształt drewnianego ołtarza szafkowego. Już pierwszy rzut oka na przestrzeń gry przynosi doświadczenie dziwności i niesamowitości tego miejsca. Z jednej strony przez zastosowanie tego typu scenografii i kostiumów, umieszczenie inscenizacji w plenerze pośród historycznych zabudowań (mur otacza pole gry niczym w staropolskim grodzie) nadaje wydarzeniu charakter archaiczny i ludowy. Ale jednocześnie większość widzów zdaje sobie sprawę z funkcji, jaką dziś pełni świetnie odrestaurowany Pałac Decjusza - miejsce elitarnych imprez kulturalnych. Przypomina o niej zasiadający pod fasadą samej willi, u szczytu wzniesienia, poważny i wytworny kwartet muzyczny pod kierunkiem Ewy Ryks, aktorki i muzyka z trupy Mumerusa. W efekcie jeszcze przed rozpoczęciem właściwego spektaklu tworzy się specyficzne widowisko, teatr wymieszania przeszłości z teraźniejszością, ludowości z wyrafinowaniem, magii ludowej z elitarną.
Obserwując przebieg całego przedstawienia nie można mówić o jakimś ściśle ustanowionym porządku, teleologicznej sekwencji. Jak w teatrze średniowiecznym mamy tu do czynienia ze sceną symultaniczną, a przynajmniej częściowo symultaniczną, bez wyraźnej dominanty kompozycyjnej. Po zaskakującym rozpoczęciu sztuki przez reżysera- aktora- maga wzywającego widzów do udziału we wspólnym widowisku, rozgrywa się seria epizodów, oddzielnych lub powiązanych ze sobą, częściowo nakładających się na siebie lub toczących się równocześnie w różnych punktach cudownego jarmarku. Większość widzów zbitą gromadą podąża od jednej stacji w przestrzeni do drugiej, wodzona i wabiona przez pojawiających się kolejno tajemniczych szarlatanów, handlarzy i dziadów. Reszta publiczności stoi na murach, przypatrując się całości widowiska z góry. Następuje stopniowe wciągnięcie odbiorców do wnętrza spektaklu: jarmarczni bohaterowie, ubrani w malownicze łachmany, wyposażeni w drewniane kije, torby pełne magicznych przedmiotów, mieszają się z widownią, od czasu do czasu wyrastając komuś za plecami i przedzierając się przez tłum gapiów, wrzeszcząc, popychając i roztrącając lud stwarzają sobie maleńkie obszary prywatnych przedstawień, jarmarczne sceny i jarmarcznych widzów. Każdy z nich ma do zaoferowania jakiś niezwykły specyfik, magiczny sposób na problemy codzienności. Jednak tym, co łączy wszystkich przebiegłych kuglarzy jest skupienie się wokół tematyki świata nadprzyrodzonego, marności życia, grozy śmierci.
Jako podstawa scenariusza przedstawienia zostały wykorzystane oryginalne fragmenty literatury sowizdrzalskiej, anonimowe polskie teksty z XVII wieku: Peregrynacja dziadowska i Nędza z bidą z Polski precz idą, a także adaptacja jarmarcznej wersji Przygód doktora Faustusa. W warstwie tekstowej na pierwsze miejsce wyraźnie wysuwają się magia i czary, a więc cała sfera irracjonalna, wyrastająca ze średniowiecznej wiary i potraktowana w sposób typowy dla kultury śmiechu i groteski. Wiara w diabły, demony, strzygi i czarownice przenika wystąpienia jarmarcznych wykonawców w poszczególnych scenach. Handlarz magicznymi przedmiotami i remediami (Karol Zapała), odziany w długą, czarną pelerynę, dźwiga na plecach ogromny tobół, a na szyi i wokół pasa mnóstwo sznurów różańców, talizmanów i innych zaklętych rekwizytów. Gdy udaje mu się przepchać do ciżby gapiów, zachwala przeróżne obrzydliwe remedia przeciw złym mocom, udziela porad i przestrzega przed potęgą diabła. Sprzedawczyni- wariatka (Olga Przeklasa) przywołuje do swojego kramu ze świętymi obrazami mającymi chronić przed siłami ciemności. W dalszej scenie poruszona zostaje (zawsze aktualna!) kwestia kultu różnorakich relikwii i świętych przedmiotów- handlarka próbuje nakłonić obserwatorów do zakupu „agnusków”, figurek baranków, prosto z Rzymu (moc takich „agnusków” z importu siedmiokrotnie przewyższa parametry krajowych produktów, więc nabywając siedem spotęgujemy ochronę przed złem 49-krotnie!). Herszt dziadowskiej kompanii, a jednocześnie natchniony kaznodzieja (Robert Żurek) wyciąga z beczki i prezentuje publiczności magiczne księgi. Później częstuje wszystkich pietruszką, darem piekielnym zapewniającym wieczną młodość. Po całym terytorium gry przez tłum przedzierają się dwie zakonnice-żebraczki prosząc o jałmużnę i brzęcząc metalowymi puszkami. Sposób, w jaki dziadowscy sprzedawcy reklamują swe towary jest komiczny: diabły, a wraz z nimi wszystko, co dotyka sfery strachu, zła i śmierci zostaje sprowadzone na ziemski poziom ludowego humoru, oswojone i wyśmiane. Zbliżamy się tu do jednego z obowiązkowych dla ludowych baśni i opowieści tematów: przybliżenia tematyki śmierci i zła poprzez jej złagodzenie, komiczne przedstawienie i groteskę. Jednocześnie swym zachowaniem, gestykulacją i intonacją aktorzy przypominają wiejskich (i nie tylko!) sprzedawców - oszustów, którzy próbują wepchnąć swe bezwartościowe towary naiwnym klientom.
Powaga i groza przechodzą gwałtownie w ostry, wieśniaczy ton i sprośność, nasilające się ku końcowi przedstawienia. Spektakl nabiera coraz większego tempa i dynamiki, a poruszający się w jarmarcznej scenerii bohaterowie ściągają z głów ciemne kaptury, rozdzierają szaty. Handlarka „agnuskami” i świętymi obrazkami przemienia się w czarownicę, okładającą diabła miotłą. Żebraczka w sino-szarych szatach (Anna Nowicka) wykonuje na jednym z podestów erotyczny taniec śpiewając pieśń strzygi- topielicy. Jedną z najciekawszych kreacji aktorskich tego spektaklu jest zakonnica (Anna Lenczewska), która po zdarciu szat, jawi się publiczności na drabinie, półnaga (nie, nie: jej nagość to znów kostium prosty i fantazyjny), rozczochrana, oznajmiając rozdzierającym krzykiem, że zaprzedała ciało diabłu. Egzorcysta tkwiący na drzewie powyżej usiłuje wypędzić z niej złego ducha obficie polewając nawiedzoną wodą. Zgodnie z konwencją kobieta reprezentuje tu narzędzie diabelskie, jest istotą nieczystą, esencją zmysłowości i grzechu. Mimo, że baby zobowiązują się walczyć z siłami ciemności, same okazują się z nimi nierozerwalnie złączone. Diabły i inne strachy od pewnego czasu mnożą się wśród jarmarcznej scenerii i wyskakują na widza z każdej strony. Bobo pojawia się pośród ikon świętych, diabłem jest dziecko noszone przez żebraczkę przy piersi. Diabelską naturę i wygląd mają także niektórzy marionetkowi bohaterowie jarmarcznych teatrzyków o charakterze moralitetowo-ludowym. Od czasu do czasu między głowy widzów wciska się i straszy kukiełkowy Mefistofeles, wydając przy tym złowieszcze dźwięki. Cała przestrzeń dźwięczy zresztą muzyką piekielnych sfer, zgrzytaniem kołatek, dzwonków i blachy. Słońce zniża się ku zachodowi, świece gasną, a drużyna kalek i pątników, ciągnąc powoli wóz (jak na płótnach Boscha) śpiewa swą posępną, dziadowską pieśń przemijania i marności doczesnego życia. Wyraźnie nasuwa nam się skojarzenie z tradycją średniowiecznych tańców śmierci, jednak nad wizją o charakterze wanitatywnym unosi się optymistyczny opar prymitywnej ziemskiej chciwości.
Tak więc jarmark staje się niezwykle żywym i wyrazistym przedstawieniem dwóch, odwiecznie istniejących obok siebie światów: ziemskiego i niepoznanego, wytworzonego przez ludzką wyobraźnię. Jednak ten jarmark współczesności wprowadza jeszcze jedno kontrastowe zestawienie, o którym wspomniałam już na początku pracy. Jest nim opozycja sztuki prymitywnej, rubasznej, tego typowego produktu wsi i małych miasteczek wobec sztuki z wyższych sfer. Obok prostego, silnego i naturalnego (bez żadnego nagłośnienia) śpiewu unisono ludowych bohaterów, spektaklowi towarzyszy wyrafinowana muzyka współczesna, wykonywana przez kwartet zawodowych artystów. Ponad prostotą, surowością
i skromnością drewnianych elementów dekoracji wznosi się majestat i elegancja renesansowej budowli. Nie wiadomo gdzie przebiega granica między perfekcyjną grą aktorską a swobodną improwizacją, gdzie współczesny język wplecie się znienacka w zabytek piśmiennictwa – gdzie kończy się jarmark a zaczyna się teatr.
Warto też zwrócić uwagę na ów tłum gapiów, na publiczność, jaka zebrała się na niedzielnym jarmarku w eleganckiej dzielnicy. Kim są odbiorcy tego specyficznego rodzaju twórczości artystycznej? Nie znajdziemy tu publiczności nabożeństw majowych i placów handlowych. Po wydzielonym na spektakl terytorium przechadza się co prawda paru przypadkowych spacerowiczów, kilkoro dzieci, jednak zdecydowaną większość publiczności stanowią współcześni odbiorcy sztuki elitarnej. Wiele osób przyszło na przedstawienie w strojach (kostiumach?), które stawiały pod znakiem zapytania ich przynależność do świata odbiorców czy aktorów. Zapewne taki rodzaj niedzielnej rozrywki nie trafia do widzów karmiących się zazwyczaj towarem kultury masowej i popularnej. Niewykluczone, że dziś czasach recepcja tego typu sztuki jest dostępna jedynie wrażliwym użytkownikom kultury wysokiej, spoglądającym z dystansem i pewnym znawstwem na artystyczne powroty do źródeł.

Zofia Śledź



DROGA DO ÓSMEGO KWADRATU
MumerusJeśli umiesz dodawać i dzielić i odkryjesz sposób przechodzenia przez zamknięte drzwi, znajdziesz się w świecie, w którym czas biegnie do tyłu, a ty musisz biec tak szybko, jak tylko potrafisz, aby zostać w tym samym miejscu.

Więcej >


Mumerus


Mumerus
Jan Mancewicz Fot.: Monika Kozłowska
Mumerus
Karol Zapała Fot.: Monika Kozłowska
Mumerus
Robert Żurek Fot.: Monika Kozłowska
Mumerus
Anna Lenczewska Fot. Aleksandra Wójcik

Droga do ósmego kwadratu”


Jeśli umiesz dodawać i dzielić i odkryjesz sposób przechodzenia przez zamknięte drzwi, znajdziesz się w świecie, w którym czas biegnie do tyłu, a ty musisz biec tak szybko, jak tylko potrafisz, aby zostać w tym samym miejscu.

Rozgrywa się tu jakaś gra, wielka jak świat. Jeśli pozwolą ci do niej dołączyć, możesz zostać pionkiem. A jeśli będziesz stosował się do Reguł Prowadzenia Walki bardzo szybko przesuniesz się na trzecie pole – najlepiej pociągiem – trafisz na piąte (to przeważnie woda). Szóste należy do Humpty Dumpty’ego. Siódme pole jest całe porośnięte lasem, ale jeden z rycerzy wskaże ci drogę. Myślisz, że uda ci się spotkać jednego? Nie uda ci się w żadnym razie, chyba że ruszysz w przeciwnym kierunku...
Ale jak już zostaniesz hetmanem, nauczysz się dawać sobie ze wszystkim radę.

Scenariusz, produkcja i reżyseria:
Wiesław Hołdys
Wspólpraca: Glen Cullen

Aktorzy: Anna Lenczewska, Jan Mancewicz, Karol Piotr Zapała , Robert Żurek
Muzycy: Gertruda Szymańska i Michał Braszak (kompozycje)

Kostiumy: Elżbieta Rokita
Przedmioty: Magdalena Siejko

Technika: Tadeusz Przybylski
Współpraca organizacyjna: Maria Śmiłek


W spektaklu wykorzystano motywy "Through the Looking-Glass" Lewisa Carrolla oraz fragment "Modest Proposal" Jonathana Swifta

Partnerzy: Azoty Tarnów, Stowarzyszenie Teatrów Nieinstytucjonalnych STeN Kraków, Teatr Zależny Politechniki Krakowskiej

Spektakl powstał przy udziale finansowym Województwa Małopolskiego

Premiera: 28 listopada 2010

Z Janem zamiast Alicji


„Rozgrywa się tu jakaś gra, wielka jak świat. Jeśli pozwolą ci się do niej dołączyć, możesz zostać pionkiem..." - tak na swój nowy spektakl zaprasza Wiesław Hołdys, założyciel i reżyser teatru Mumerus. To jedna z moich ulubionych scen w Krakowie - raczej na uboczu, czy raczej w podziemiu, zawsze w orbicie nieco porzuconych przez polski teatr tekstów - od literatury sowizdrzalskiej po klasykę angielskiego absurdu. Hołdys tym razem sięgnął po drugą ze słynnych powieści Lewisa Carrolla - „Through the Looking-Glass” (Alicja po drugiej stronie lustra). Z tym, że w „Drodze do ósmego kwadratu” zamiast Alicji pojawia się Jan (pełen wdzięku, dyskretnie zdystansowany Jan Mancewicz).
Jak pisze Maciej Słomczyński w przedmowie do swojego tłumaczenia tej książki: „Jest to zapewne jedyny wypadek w dziejach piśmiennictwa, gdzie jeden tekst zawiera dwie zupełnie różne książki: jedną dla dzieci i drugą dla bardzo dorosłych". Bez cienia wątpliwości Hołdys wybiera książkę dla dorosłych, wrzucając swojego bohatera w przestrzeń (czy na planszę) dziwacznej partii szachów. O co jest ta gra? Oczywiście o życie. A jej reguły? Nieodgadnione. Może to reguły snu, psychodelicznej zabawy, opiumowego rojenia (zarzucano je także autorowi książki). Dżem? Oczywiście, tak. Ale tylko wczoraj lub jutro. Nigdy dziś. Jan usiłuje pojąć reguły tej osobliwej gry, ale otaczające go szachowe figury zadania nie ułatwiają. Pojawia się za to przepis na potrawkę z niemowlęcia, wymiana uprzejmości z puddingiem i zalecenia, jak trzymać maczugę (z czułością). Czy Jan wygra swoją partię, zostanie Królową, dojdzie do „ósmego kwadratu"? Jeszcze jeden cytat z książki: „Nie uda ci się to w żadnym razie, chyba, że ruszysz w przeciwnym kierunku"... Polecam Państwu drogę do Mumerusa: Teatr Zależny Politechniki Krakowskiej, Kanonicza l. Wszak (to z pierwszej części arcypowieści Carolla) „wszyscy jesteśmy obłąkani".

Justyna Nowicka
„Dobra forma teatru formy” (fragment)
Miesięcznik Społeczno-Kulturalny KRAKÓW, nr 2(76), luty 2011

Szach - Mumerus - Mat!


Czy śniłeś kiedyś, że jesteś malutkim pionkiem na wielkiej szachownicy? Przed tobą niezliczone możliwości do wykorzystania, setki strategii i mnogość ruchów, które możesz wykonać, zmierzając na drugą stronę pola gry. Uważaj jednak, skutki twoich posunięć są nieodwracalne. Jeśli raz puścisz machinę w ruch - już jej nie zatrzymasz.
Wiesław Hołdys, reżyser o wyobraźni niepospolitej i fascynującej, tym razem postanowił zabrać widzów w magiczny świat snu, którego przestrzeń wyznaczają czarno-białe kwadraty. Przewodnikiem, wręcz protagonistą szachowego chóru, a zarazem intruzem w uporządkowanym świecie pionków jest Alicja. Jan. Alicja. Tak, ta (ten) z Krainy Czarów. Tu: pod postacią eleganckiego czterdziestolatka z parasolką w ręku oraz czerwoną chusteczką w butonierce. Chciałoby się powiedzieć: "Good Morning, sir John".

Treść, jeśli silić się na jej przybliżenie, zarysowana jest tak: Alicja, wdarłszy się do szachowego świata, walczy o zdobycie pozycji Królowej. Kto zwycięży w tej walce? Rzecz to o tyle nieistotna, że "Droga do ósmego kwadratu" nie jest przedstawieniem akcji, w nosie ma fabułę, wyznając miłość poetyce obrazu i zmyślnego konceptu. Reżyser po raz kolejny podzielił się z widzami niezwykłą wyobraźnią plastyczną. Na scenie figlarnie pogrywają za sobą czerń i biel, a między nimi, niczym uciekający królik, przebłyskuje czerwień. Niepojęte, ile można wygrać przy pomocy dźwięków i najdziwniejszych sprzętów: w jednym z "obrazów" onomatopeje i parasolki tworzą nie co innego jak szalony pociąg. Wrogi Pionek kryje się przed czujnym okiem widza w głębokim kapeluszu przeciwdeszczowca. To wojna podjazdowa! Postaci uzbrojone są po zęby, atakują przy użyciu złowieszczych marakasów, chroniąc ciała w kolczugach uplecionych... z łyżek. W każdej chwili gotowe są na bezkrwawy (!) bój z wrogiem przebiegłym i zaciekłym, zamaskowanym sprytnie pod imieniem Nikt. A jeśli już nie da się skrzyżować niewidzialnych mieczy, to bohaterowie chętnie wykonają finezyjny układ choreograficzny, przenosząc spór w bardziej wyrafinowane rejony percepcji.
Wracając do pytania postawionego w pierwszym zdaniu tego tekstu: projektowałeś w onirycznych marzeniach, że jesteś malutkim pionkiem? Tak czy inaczej - kto szachownicy dotąd nie śnił - po wizycie w Teatrze Mumerus - śnił ją będzie. W najgorszym razie: opanuje go niepohamowana ochota na zostanie wytrawnym mistrzem gry i odtąd partyjki szachowe odbywał będzie. Szach-mat - jak amen w pacierzu!

Katarzyna Borys
Internetowy Magazyn Teatralny Teatralia


Dżem dnia następnego


Parę tygodni temu, gdy szperałam na półkach w księgarni, trafiła w moje ręce książka, która mnie zachwyciła. Mieszkali w niej, szwedzcy bracia: Fińczyk, Tuńczyk i Sardyńczyk, żelazny syn Mewy – Ptakowiec, a przez wszystkie stronice ciągnęła się Dolina Przeciągów. Parę godzin temu, w przerwie inauguracyjnego spaceru świeżo ośnieżonymi Plantami, zobaczyłam mężczyznę, sporo wyższego ode mnie, ubranego w elegancki garnitur, z czerwoną chusteczką w butonierce. Wydawało mi się, że mrugnął porozumiewawczo, ale możliwe, że zmylił mnie refleks w jego okularach. Odwrócił się bez słowa i zniknął w dziurze piwnicy jednego z budynków.

Idąc za nim, znalazłam się w miejscu, gdzie konie noszą specjalne kolczatki na pęcinach, by uchronić się przed ugryzieniami rekinów. Gdzie na kulbakach trzyma się przytroczone ule, ponieważ pszczoły odstraszają myszy. Gdzie maczugi trzyma się z czułością, z jaką matki trzymają śpiące niemowlęta.

Do świata Jana, głównego anty-przewodnika tej opowieści, zaprowadził jeden, niepozorny rekwizyt. Ni to pionek, ni to grzechotka… Zespół Mumerusa uczy nowego patrzenia na przedmioty. Każdy jest nową możliwością. Uczy patrzeć i słuchać. Wsłuchiwać się w odpowiednio nakreślone powiązania. Przechodzić pomiędzy wypowiadanymi słowami i uważać, by nie trącić przyczepionych do nich dzwoneczków. Ten, kto ma być Panem Słów, kto bierze słowa pod opiekę, musi być odpowiedzialny. Słowa nie można wziąć, a potem wyrzucić przed wakacjami. Nie wszystkie słowa są dobre dla każdego. Ale np. takie czasowniki… idealne, jako słowa „rodzinne”.

Trzeba wnikliwie przysłuchiwać się temu abstrakcyjnemu tętentowi słów i dać mu się ponieść. Uwierzyć aktorom, czujnie śledzić każdy markowany przez nich ruch, czytać słowa pisane w powietrzu, omijać przedmioty, które zaznaczają w przestrzeni gestem i dźwiękiem. I pozostać czujnym, nie dać się zbyt łatwo zachwycić; bo naramienniki zbroi finezyjnie zrobione z łyżeczek i od razu chcemy takie same. Te łyżeczki jeszcze będą potrzebne… to nie koniec zabawy.

W Mumerusie każdy chwyt jest dozwolony, jeżeli tylko artysta jest w stanie obronić się przy jego pomocy. Gra Jana to nie tylko wejście na planszę. Stawia pierwszy krok, ale nie uruchamia to żadnej maszyny ssąco-tłoczącej, która wciągając go w swoje tryby, odebrałaby mu świadomość i odpowiedzialność za własne czyny. Jan doskonale o tym pamięta. Gra zależna jest od ślepego losu, ale przecież do końca można próbować z nim wygrać. Widownia zahipnotyzowana śledzi wymianę kolejnych uderzeń, które w locie zmieniają swój kształt. Wypowiadamy: „D3”, chcąc zatopić czteromasztowiec, a okazuje się, że nasz przeciwnik ma dwie pary waletów. Nim zdążymy zmienić taktykę obrony okazuje się, że już po Makale.

Wędrówkę Jana wyznaczają pola szachownicy, tak, jak w obowiązującej wszystkich tego wieczoru historii. Trzeba dojść do ósmego kwadratu, by zostać Królową. Poprowadzić zwycięsko wszystkie kampanie na gry w łapki. Zerwać z przeciwników zbroje z łyżeczek. Wszystkie wskazówki i mapy wynotować w powietrzu stępionym ołówkiem, który szarpie świszczące powietrze. Jan potrafi zobaczyć Nikogo z odległości załamującej się na granicy ludzkiego wzroku. Cały czas wydaje się jednak trochę zbyt racjonalny, by wygodnie siedzieć w pociągu z parasoli. Należy do tej podróży, ale jedzie ślepym torem, bocznymi drogami czasu. Szybko jednak pojmuje, że w tym świecie trzeba biec jak najszybciej się da, by utrzymać się w miejscu, by taśma transmisyjna nie wciągnęła nas w swój mechanizm… no tak… no ale, kto stoi w miejscu ten… Jan już stąpa po właściwych polach, wykonuje właściwe ruchy, ale wciąż nie pojmuje, że tutaj zawsze dżem jest wczoraj, dżem jest jutro, ale nigdy nie dziś. Trochę nie potrafi się odnaleźć w sytuacji, gdy okazuje się, że w czyimś śnie, nie jest nikim specjalnym. Imię człowieka dookreśla jego kształt, ale to jeszcze niczego nie przesądza. Wszyscy ludzie są do siebie podobni. Zwłaszcza, gdy stłoczoną w ciemności zbiorowość ogarnia jeden, wspólny śmiech. Śmiech abstrakcyjny, wyzwolony przez mężczyznę w eleganckim garniturze.

Olga Śmiechowicz
Internetowy Magazyn Teatralny TEATRALIA
http://www.teatralia.com.pl.

D8


Nie po raz pierwszy Wiesław Hołdys sięgnął do absurdalnej powieść Lewisa Carroll'a - tym razem jednak, poświęcił Alicji cały spektakl. Na motywach powieści "Through the Looking-Glass, and What Alice Found There" Teatr zależny Politechniki Krakowskiej, skonstruował spektakl czarno-biały, niedorzeczny i wciągający
Kluczem do surrealistycznego świata staje się szachowa figura, czy może grzechotka... z resztą to nieistotne, w świecie tej małej piwniczki, to nie kształt i forma przedmiotu decydują o jego funkcji, w myśl zasady: "Będę potrząsać Tobą tak długo, aż zamienisz się w grzechotkę".

Alicja ma ponad metr dziewięćdziesiąt i to nie za sprawą zawartości buteleczki z napisem "Drink me!" - gra ją Jan Mancewicz. Fakt, że Jan jest dorosłym mężczyzną, nie pomaga mu w zrozumieniu rzeczywistości, w której się znalazł. Powściągliwy, trochę zagubiony, pozwala się wciągnąć w absurdalną szachową partię. Celem jest ósmy kwadrat - miejsce, w którym najsłabsza szachowa bierka, może przemienić się w dowolną figurę. Przestrzeń tej dziwacznej rozgrywki stanowi szachownica, jednak jej reguły to przedziwna mieszanka zasad gier planszowych, karcianych, a także rymowanek i zabaw słownych.

„Pierwsza godzina niedźwiedź śpi
Druga godzina niedźwiedź chrapie
Trzecia godzina niedźwiedź łapie!”

Dziecko znudzone konwencjonalnymi zabawkami, myszkuje po kuchennym królestwie w poszukiwaniu inspiracji do zabawy. Podejście do przedmiotu jakie prezentuje Teatr Mumerus przypomina ten okres z życia człowieka, gdy cała otaczająca go materia była żywa. Można byłą ją określić, oswoić i nazwać. Wiesław Hołdys podaje surowiznę, z której widz musi przyrządzić coś dla siebie, wedle możliwości własnej wyobraźni. Pociąg zrobiony z parasoli? Szachownica z chusteczek? Naramienniki z łyżeczek? - Proszę bardzo!

Jan- pionek – pozwala się prowadzić za rękę tajemniczym postaciom. Wraz z białą królową biegnie co sił w nogach, by pozostać w tym samym miejscu. Wdaje się w dyskusje z bliźniakami Tweedledum'em i Tweedledee'mem, a na polu D6 spotyka bohatera rymowanki – jajko zwane Humpty Dumpty.

Godzinna partia, podczas której Jan dąży do zostania Hetmanem według reguł, których i tak nikt nie przestrzega, rozgrywa się przy minimalnej ilości środków. Kolorystyka spektaklu ogranicza się do barw szachownicy, jedynie chusteczka tkwiąca w butonierce Jana- Alicji, naznacza go jako przybysza z zewnątrz. Atmosferę zagłębiania się w zakamarkach dziwacznego snu, potęguje sama przestrzeń sceniczna – klaustrofobiczna piwniczka. Dzięki miękkiej ciemności, z której raz po raz wydobywają się jasne szczegóły i dźwięki instrumentów, można poczuć się jak we wnętrzu czyjejś głowy.

Mumerus przypomina, że dorosłość nie gwarantuje zrozumienia istoty rzeczy i nie ratuje przed absurdem, a w psychodeliczną rozgrywkę wpaść może każdy - nie daje pewności jednak, że każdemu dane będzie osiągnąć ósmy kwadrat.
Adrianna Markowicz
Dziennik Teatralny


Podróż do wnętrza siebie, czyli wariacje bezurodzinowe

No i jak ja mam się do tego zabrać? Jak znam „Alicję” (i Teatr Mumerus), powinnam najpierw coś wypić, potem coś zjeść, a potem zrobić jeszcze COŚ. Pytanie tylko, „CO”? Oj tak, skostniały do koniuszków wąsów Król miał rację: nie jest łatwo pisać, kiedy ma się za gruby ołówek, który
w dodatku zapisuje (sam!) słowa i rzeczy, które w normalnych warunkach nigdy nie przyszłyby mi do głowy… Tak, rzeczy zwracają się przeciw nam. Przyznam, że to nieco deprymujące, bo „kiedy JA używam jakiegoś słowa SAMA decyduję, co ono będzie znaczyć, i dokładnie to znaczy” (s. 284),
a tak muszę zdać się na łaskę lub niełaskę RZECZownika. (Wszystkie cytaty podaję za L. Carroll, Alicja w Krainie Czarów. Po drugiej stronie lustra, tłum. B. Kaniowska, Poznań 2010).
/Ściąć jej głowę!/
Scena jest taka: Bajkowa Kraina, w której rozgrywa się GRA wielka jak świat, a każdy z nas jest Pionkiem i bierze udział w tej GRZE! Wszyscy jesteśmy jednakowo szaleni. ONI, JA i TY.
/Zwłaszcza Ty!/
Albo taka: Zdecydowanym krokiem do świata idącego na wspak, zamiast przemądrzałej, kilkuletniej dziewczynki, wprowadza nas nie wstydzący się swojego wieku, trzydziestodziewięcioletni Jan. Co prawda „na mądrego to on nie wygląda, ale twarz ma taką, jakby trochę jednak myślał” (s. 208), nie jest więc tak źle, jakby początkowo mogło się nam to wydawać. Jan nie widzi białych myszy ani różowych słoni. Jest realistą i (jak na człowiek poważnego przystało) nie ma czasu na marzenia. Poza jednym – chciałby zostać Hetmanem.
/Królową!/
Zwierzę, jarzyna czy minerał?
„Bądź tym, na kogo wyglądasz” – radziła Księżna Alicji, to znaczy Janowi, dobrze – niech będzie (dla potrzeb poniższego cytatu) Janinie. „Nigdy nie wyobrażaj sobie, że jesteś kimś innym, niż myślą, że jesteś albo możesz być, jeżeli nie chcesz, żebyś okazała się kimś innym niż ta, o której inni myślą, że jesteś albo możesz być” (s. 126). Kiedy po raz pierwszy przeczytałam ten MORAŁ zaśmiewałam się
z niego do łez. Jednak, gdy po chwili żywego i radosnego śmiechu przyszła refleksja na temat świadomej i podświadomej percepcji otaczających nas osób i zdarzeń oraz czynników, które celowo lub mimowolnie wpływają na nasze postrzeganie świata, nie było mi już tak wesoło. Wszyscy wiemy, jak ważne jest poczucie własnej tożsamości i czym może grozić jego zatracenie lub zniekształcenie (głośny ostatnio przypadek Niny z „Czarnego Łabędzia”). Pytanie o samoświadomość bohatera jest więc dla mnie jednym z zagadnień kluczowych. Jan doskonale wie, że On to On, że tkwi w bocznych odnogach czasu i że chciałby wziąć udział w grze, by w jej finale zostać Hetmanem.
(Nim-Nią!?)
Ledwo jednak werbalizuje swoje zamierzenie, wpada w wir dziwnych zdarzeń, które wciągają go
w krąg Ludzi czy też szerzej Istot nienormalnych, przy czym „normalność nie jest równoznaczna ze zdrowiem psychicznym, a nienormalność z chorobą”. (A. Kępiński, Podstawowe zagadnienia współczesnej psychiatrii, Kraków 2003, s. 11). Im głębiej brniemy w absurd, tym większym ulega Jan przemianom, a ściślej jego poczucie takożsamości (nie jestem taki sam jak byłem przedtem), bo poczucie tożsamości (nadal jestem sobą) pozostaje na szczęście niezmienne. Dzieje się tak po części w wyniku pasma nieudanych prób włączania Jana do GRY, a po części ze względu na jego bardzo silną osobowość, pozostającą w bezsprzecznie zdecydowanej opozycji charakterologicznej do innych występujących w sztuce postaci.
(bx = 0)
Zabawa „na niby”
Podobno śmiałe idee są jak pionki w szachach: mogą być zbite, ale rozpoczynają zwycięską partię. Jeśli tak, to podróżujący po 64 polach szachownicy Pionek Jan nie tylko rozpoczyna zwycięskie rozdanie, ale też brawurowo je wygrywa, omijając po drodze licznie zastawione nań pułapki, przewidując iście Golumowe fortele i racjonalizując Sfinksowe niekiedy zagadki. Tym samym kreowany przez Jana model „centralnego outsidera” udowadnia wszystkim dookoła, że zawsze istnieje jakieś właściwe, czyli logiczne rozwiązanie – trzeba je tylko w porę dostrzec na swej drodze! – oraz że jednostka może mieć bezpośredni, jeśli nie decydujący, wpływ na bieg historii.
(Wchodzę!)
„Pierwsza godzina niedźwiedź śpi / Druga godzina niedźwiedź chrapie / Trzecia godzina niedźwiedź łapie” – myli się ten, kto twierdzi, że zabawa jest wyłącznie rozrywką. Z a b a w ę za Wielkim słownikiem języka polskiego (Warszawa 2006) rozumiem jako «czynności służące przyjemnemu spędzaniu czasu; bawienie się; grę; rozrywkę». W aspekcie „zabawowym” jest to pojęcie szersze od g r y, definiowanej jako «zabawa towarzyska prowadzona według pewnych zasad» czy też «walka według określonych reguł, rozgrywka». Nie bez znaczenia pozostają tu jednak inne znaczenia g r y, tzn. «postępowanie, działanie zmierzające do osiągnięcia nad kimś przewagi» oraz «stwarzanie pozorów dla ukrycia prawdy; udawanie».
Zabawa to spiritus movens naszego samorozwoju oraz praprzyczyna wszel(a)kiego postępu. Umiejętnie przeprowadzona, niezależnie od swojego charakteru, pozwala nam lepiej poznać samych siebie, gdyż sprzyja rozwojowi myślenia. Dzięki niej możemy pokonać głęboko zakorzenione wzorce zachowań, wzbogacić osobowość, a także rozwinąć niezbędną do przeżycia orientację w świecie realnym. Zabawa uczy podstaw kierowania i planowania, a dodatkowo kształtuje sferę emocjonalną ludzkiego istnienia, dzięki czemu stanowi jedną z najlepszych i najskuteczniejszych technik psychoterapeutycznych. Jak bawią się poprzez grę Figury GRY? Czy one w ogóle grają, czy może ze sobą rywalizują?
(Zatopiony!)
Ruchowe, tematyczne, czy dydaktyczne gry i zabawy podejmowane przez poszczególne Figury
z założenia wykluczają Jana jako ich uczestnika. Owszem, proponuje mu się udział w niektórych posunięciach, ale zauważmy, jak skąpo są mu dawkowane informacje niezbędne do wykonania przezeń konsekutywnego ruchu. Jeśli wnikliwie przyjrzymy się kolejno następującym po sobie sytuacjom, bez trudu dostrzeżemy fakt, iż Figury grają same ze sobą, pozwalając Janowi zaledwie na podglądanie toczących się wydarzeń.
(Szach!)
Figury na polach szachownicy niejednokrotnie funkcjonują s a m o t n i e nawet w obecności innych postaci. W dodatku podczas GRY używają oddzielnych, tylko i wyłącznie swoich narzędzi np. grzechotki. Czasami decydują się na GRĘ r ó w n o l e g l ą, występują wówczas obok Jana, ale nie
z nim – w przejeżdżającym pomiędzy polami pociągu stoją obok siebie, ale jadą w innym kierunku.
Niekiedy, z tylko im wiadomych powodów, proponują Janowi GRĘ w s p ó l n ą, nawet dzielą się
z nim uwagami. Brak tu jednak współdziałania, jak chociażby podczas rozmowy prowadzonej przez Jana z Czarnym Królem. Pomimo jasno określonych i przydzielonych funkcji oraz wyznaczonych Figur „kierujących” – Czarna i Biała Królowa – GRY z e s p o ł o w e j także nie można zaliczyć do udanej. Powodem jest najzwyczajniej brak zespołu, każda z Figur próbuje ugrać coś dla siebie, poza tym Jan się buntuje – chce zjeść mówiący „słodkim, gęstym i tłustym głosem” (s. 350) Pudding „SWEED&DELICIOUS”! GRY d y d a k t y c z n e, rozgrywane na polu Humpty Dumpty’ego, niefortunnie kończą się intelektualnym fiaskiem, gdyż każdorazowo GRACZE swoim zachowaniem zdradzają, że „żadnych nie mają reguł, a jeśli nawet mają, to i tak ich nie przestrzegają” (s. 117). Wygląda więc na to, że jedyne zagranie, które jako tako udaje się to w e j ś c i e w r o l ę. Pobudzony do działania przez obie Królowe Jan, zaskakująco dobrze rozwija w sobie podczas GRY zarówno zdolności naśladownicze, jak i umiejętność kojarzenia faktów. Powstaje jednak pytanie: na ile jest to pozytywny „skutek życia w odwrotną stronę” (s. 261), a na ile efekt dobrze zorganizowanej zabawy?
(Impas!)
Teatr histeryczny
Jeżeli światem rządzą SŁOWA niejasne i bezużyteczne w wyniku nadwyżki znaczeniowej – można popaść w histerię. Dlatego nikogo nie dziwi pojawiający się poczet interesujących histerycznych osobowości zamieszkujących Krainę GRY. Histerykiem jest tutaj każdy, poza obecnym „gościnnie” na szachownicy Janem, który swoim zachowaniem przypomina atletycznej postury schizotymika, oglądającego otaczającą go rzeczywistość jakby zza szklanej szyby. (A. Kępiński, Poznanie chorego, Kraków 2002, s. 158).
(Kuku!)
Starając się zwrócić na siebie uwagę, Figury cały czas robią wszystko na pokaz: mówią zbyt głośno lub zbyt cicho (Anglosaski Goniec, Czarny Król), rozmawiają i śmieją się zbyt hałaśliwie (Humpty Dumpty), krzyczą i płaczą zbyt demonstracyjnie (Czarna i Biała Królowa), przesadzają niemal we wszystkim (Biały Jeździec, Tweedledee i Tweedledum), w wyniku czego podejmowane przez nich działania stają się bardziej aktorskie niż autentyczne. (A. Kępiński, Psychopatie, Kraków 2002, s. 57).Jak na cierpiących na histerię przystało, występujące
w GRZE Figury charakteryzuje intrygująca impulsywność. Byle drobiazg wywołuje w nich gwałtowną reakcję emocjonalną: nagły zachwyt raptowne przechodzi w obrzydzenie, szloch
w euforię, a agresja w opanowanie. Niby kameleony nieustannie zmieniają swoje oblicza
(a z czasem i pozy), aby za wszelką cenę utrzymać się na powierzchni i w żadnym wypadku nie dać się pokonać, nawet Nobodyemu. Nie bądźmy więc zdumieni, gdy zaobserwujemy, że „pod maską szorstkości czy wyniosłości kryje się lęk przed ludźmi i nieśmiałość, pod maską przesadnej pokory
i uległości – tajona agresję, pod maską oziębłości – silne uczucia” (A. Kępiński, Poznanie chorego, Kraków 2002, s. 101).
U histeryków taki stan to norma.
(Martwy stół!)
Zapewne dlatego odkrywany przez Jana nieznany mu dotąd świat z jednej strony budzi jego fascynację (tym bardziej, że nie ma on do niego pełnego dostępu), z drugiej natomiast ogarniający go zewsząd wewnętrzny bałagan Figur, ich nieprzerwana, wielokierunkowa nieufność, niespełnione marzenia, przesadna manifestacja uczuć oraz ustawiczny rozstrój nerwowy determinują go do szybkiego osiągnięcia zamierzonego celu podróży – zostania Hetmanem. Jan w samą porę odgradza się od toksycznego otoczenia i chroni za swoją schizotymiczną oschłością uczuciową. Dzięki temu sprawnie zdobywa symbol władzy i nakazuje podać Pudding, czym definitywnie kończy zwycięską partię.
(Mat!)
No tak, nie dość, że mój ołówek jest za gruby, to jeszcze się zbuntował i stępił paskudnie, przez co gryzmolę gorzej, niż gdy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowej, a taki stan rzeczy skutecznie uniemożliwia mi dalsze niby-dywagacje na temat narzucony mi przez niesforny pisak... Cóż począć? „N o w y c i e n k i o ł ó w e k” – należy zapisać pod numerem „1” na liście najbliższych zakupów,
a następnie podkreślić t o dwa razy, aby na wszelki wypadek nie zapomnieć. Wstyd się przyznać, ale od dziecka cierpię na najgorszy rodzaj pamięci, tzn. pamiętam tylko to, co się wydarzyło
w przeszłości. O, jakże bym chciała posiadać pamięć Czarnej Królowej, działającą w obie strony, nawet gdyby miało mi się od tego na początku kręcić w głowie. Kto powiedział, że nie można wierzyć w rzeczy niemożliwe? Ja wierzę! „Z drugiej strony, gdyby nawet było tak, jak mogłoby być, to by tak było, ale ponieważ tak nie jest, to jest inaczej. To logiczne.” (s. 240)

Lucyna Bielatowicz


25 września w Teatrze Zależnym Politechniki Krakowskiej „Teatr Mumerus” zainaugurował nadchodzący sezon teatralny, sztuką Droga do ósmego kwadratu. Wiesław Hołdys, posłużył się moralnie niepokojącą powieścią Lewisa Carroll’a „Through the Looking-Glass, and What Alice Found There”.

Tu Alicja okazuje się być dorosłym mężczyzną zagubionym w świecie absurdalnej szachownicy, który za cel gry obiera sobie ósmy kwadrat, gdzie jako pionek mógłby stać się wybraną przez siebie figurą. Istnienie jest więc grą, partią szachów, poruszaniem się po szachownicy, która jednocześnie jak fala nas unosi, a której nie można osądzić, ani zrozumieć. Wszystko, co możemy, to dać się jej ponieść. Człowiek więc stoi na wielkiej szachownicy i gra według swej intuicji. Przeczuwa bezużyteczność dokonywanych przez siebie procesów w absolutnie abstrakcyjnym świecie, duszącym go bezwzględnym, wszechobecnym niezrozumieniem. W sercu własnego istnienia odnajduje absurd i choć chciałby go pomniejszyć, ten okazuje się kluczem do każdej napoczętej minuty działania. Jak bohaterowie powieści J. P. Sartre’a -bojąc się odpowiedzialności za nieoczekiwane skutki własnych decyzji, wmawia sobie istnienie jakiegoś ogólnie i obiektywnie istniejącego kodeksu zasad, które decydują i regulują jego postępowanie, jego grę. Każde takie samooszukiwanie się jest czymś absolutnie sprzecznym wewnętrznie, ponieważ człowiek nie może okłamać siebie, gdyż kłamiąc, zna prawdę, którą pragnie przed sobą ukryć.
Partia jak przedstawienie trwa godzinę. Alicja – Jan krąży wśród czarno-białych postaci, które jakby utknęły w klaustrofobicznym śnie umysłu, w ciasnym teatrze życia…

Joanna Roś

Miesięcznik MANKO

Droga do ósmego kwadratu” spektakl w sądeckiej Małej Galerii

Mała Galeria na sądeckich plantach zamieniła się w teatr nie z tej ziemi. Wszystko za sprawą krakowskiego Teatru Mumerus, który po raz pierwszy poza rodzinnym miastem wystawił spektakl „Droga do ósmego kwadratu”. Wczoraj (22 września) zgromadzona publiczność miała szanse obejrzenia tego oryginalnego przedstawienia.
Inspiracją dla spektaklu była powieść Lewis Carroll „Po drugiej stronie lustra”, szerszej publiczności znana jako druga część „Alicji w Krainie Czarów”. Scenarzystą, producentem i reżyserem tego przedsięwzięcia jest Wiesław Hołdys, przy współpracy z Glenem Cullenem. Na scenie wystąpiła czwórka aktorów : Anna Lenczewska, Jan Mancewicz, Karol Piotr Zapała , Robert Żurek. Za muzykę odpowiadała Gertruda Szymańska i Michał Braszak. -Zastosowaliśmy taki zabieg jakby wyrwania z tej powieści wszystkiego co dotyczy Alicji, nas to kompletnie nie interesuje. Nas interesował inny motyw. O ile pierwsza część „Alicji w Krainie Czarów” jest zawarta w schemacie gry w karty , ta jest oparta o grę w szachy. Nas zafascynował motyw drogi pionka szachowego, przechodzenia z pola na pole- powiedział Wiesław Hołdys przed spektaklem. Zgromadzona publiczność nie mogła wcześniej zająć sobie miejsc na widowni. Dopiero punktualnie o godzinie 19 miłośnicy teatru weszli na salę. Wszystkie miejsca, co do ostatniego były zajęte.
Reżyser podpowiadał gdzie najlepiej usiąść. I szczęśliwcy siedzieli kilkanaście centymetrów od sceny na której grali aktorzy. Zamiast Alicji w spektaklu grał czterdziestoletni Jan. I co było zaskoczeniem dla widowni, nie wszedł on zza kulis na scenę. Najpierw spacerował między publicznością aby następnie pojawić się przed nimi na scenie - Trudno scharakteryzować głównego bohatera, jest to typ postaci, który jest odbiciem każdego. Jest to postać, która jest pośrednikiem miedzy odbiorcą a światem przedstawionym. Takie przedstawienie jak to nie jest przedstawienie, które prowadzi widza za rękę. Naszym założeniem jest oddziaływanie na widza wszystko zależy od specyficznego odbioru- dodał Hołdys. Widownia z zapartym tchem oglądała spektakl, wszyscy poddali się nietypowej wręcz oryginalnej atmosferze która wytworzyła się w Małej Galerii. Niewielka scena i kameralna sala przyczyniły się do stworzenia niezwykłej więzi miedzy odbiorcami a aktorami. Na twarzach zwłaszcza tych młodych widzów widać było zaciekawienie, zdziwienie, fascynację, czasami niedowierzanie.
MG

SĄDECZANIN. Sądecki Magazyn Informacyjny

Droga do ósmego kwadratu

25 września w Teatrze Zależnym Politechniki Krakowskiej „Teatr Mumerus” zainaugurował nadchodzący sezon teatralny, sztuką Droga do ósmego kwadratu. Wiesław Hołdys, posłużył się moralnie niepokojącą powieścią Lewisa Carroll’a „Through the Looking-Glass, and What Alice Found There”.

Tu Alicja okazuje się być dorosłym mężczyzną zagubionym w świecie absurdalnej szachownicy, który za cel gry obiera sobie ósmy kwadrat, gdzie jako pionek mógłby stać się wybraną przez siebie figurą. Istnienie jest więc grą, partią szachów, poruszaniem się po szachownicy, która jednocześnie jak fala nas unosi, a której nie można osądzić, ani zrozumieć. Wszystko, co możemy, to dać się jej ponieść. Człowiek więc stoi na wielkiej szachownicy i gra według swej intuicji. Przeczuwa bezużyteczność dokonywanych przez siebie procesów w absolutnie abstrakcyjnym świecie, duszącym go bezwzględnym, wszechobecnym niezrozumieniem. W sercu własnego istnienia odnajduje absurd i choć chciałby go pomniejszyć, ten okazuje się kluczem do każdej napoczętej minuty działania. Jak bohaterowie powieści J. P. Sartre’a -bojąc się odpowiedzialności za nieoczekiwane skutki własnych decyzji, wmawia sobie istnienie jakiegoś ogólnie i obiektywnie istniejącego kodeksu zasad, które decydują i regulują jego postępowanie, jego grę. Każde takie samooszukiwanie się jest czymś absolutnie sprzecznym wewnętrznie, ponieważ człowiek nie może okłamać siebie, gdyż kłamiąc, zna prawdę, którą pragnie przed sobą ukryć.
Partia jak przedstawienie trwa godzinę. Alicja – Jan krąży wśród czarno-białych postaci, które jakby utknęły w klaustrofobicznym śnie umysłu, w ciasnym teatrze życia…
Joanna Roś
Manko. Lepsza strona studenta





Ampuć czyli Zoologia fantastyczna
MumerusAmpuć to niewielkie stworzonko, które obok wielu innych, jemu podobnych skrętek, przyklejaków czy rurarzy zamieszkuje nasze domy. Żywi się za pomocą trąbki, którą wciąga paproszki. Należy do gatunku, opisanego przez Jana Gondowicza w książce pod tytułem „Zoologia fantastyczna uzupełniona”, której treść stała się inspiracją dla Wiesława Hołdysa do stworzenia niezwykłego spektaklu.

Więcej >


Mumerus


Mumerus
Foto: Monika Kozłowska
Mumerus
Foto: Tomasz Korczyński
Mumerus
Foto: Sylwia Domin - Kolor Selektywny
Mumerus
Foto: Sylwia Domin - Kolor Selektywny
Mumerus
Foto: Sylwia Domin - Kolor Selektywny
Mumerus
Foto: Sylwia Domin - Kolor Selektywny
Mumerus
Foto: Sylwia Domin - Kolor Selektywny
Mumerus
Foto: Sylwia Domin - Kolor Selektywny
Mumerus
Foto: Sylwia Domin - Kolor Selektywny
Mumerus
Foto: Sylwia Domin - Kolor Selektywny
Mumerus
Foto: Sylwia Domin - Kolor Selektywny
Mumerus
Foto: Sylwia Domin - Kolor Selektywny
Mumerus
Foto: Sylwia Domin - Kolor Selektywny

Scenariusz, reżyseria i produkcja:

Wiesław Hołdys

Aktorzy:

Anna Lenczewska i Robert Żurek

Muzyka:

Michał Braszak

Psychoakustyka:

Maurycy J. Kin

Patchwork i grafika:

Joanna Gondowicz

Współpraca scenograficzna:

Ewa Bujak i Tadeusz Przybylski

Asystent reżysera:

Glen Cullen



Premiera – 8, 9 listopada 2009, godz. 19:00, Teatr Zależny Politechniki Krakowskiej, Kraków, ul. Kanonicza 1

Po spektaklu w dniu 8 listopada odbyło się spotkanie z autorem, Janem Gondowiczem

Z powiedzeń w pięknej mowie J. L. Borgesa jako pierwsze poznałem: Carramba!, a jako drugie: El sueño de la razon produce monstruos. „Gdy rozum śpi, budzą się potwory” – tak się to zwykło tłumaczyć. No i dobrze – pomyślałem – niech się obudzą, niech, jak na rycinie Goi, dadzą się ujrzeć! Lepsze to od potworów niewidzialnych, grasujących w naszych umysłach rzekomo jasnych i trzeźwych. Te są dopiero potworne i nie ma na nie rady. Oto punkt wyjścia perfidnie nasennej Zoologii fantastycznej. Zaśnijcie, lube rozumy! Carramba!


Jan Gondowicz

Spektakl powstał przy udziale finansowym Województwa Małopolskiego:

Wyróżnienie na XV Przeglądzie Małych Form Teatralnych "Letnia Scena" w Łodzi (2013 r.) a "interesujące poszukiwania formalne, reżyserię i aktorstwo"

Fragmenty spektaklu - kliknij tu


„Ampuć czyli Zoologia fantastyczna”


Ampuć to niewielkie stworzonko, które obok wielu innych, jemu podobnych skrętek, przyklejaków czy rurarzy zamieszkuje nasze domy. Żywi się za pomocą trąbki, którą wciąga paproszki. Należy do gatunku, opisanego przez Jana Gondowicza w książce pod tytułem „Zoologia fantastyczna uzupełniona”, której treść stała się inspiracją dla Wiesława Hołdysa do stworzenia niezwykłego spektaklu.

Pomysł to zaiste karkołomny, by spróbować przenieść na teatralne deski treść swoistej encyklopedii, bestiariusza zwierząt fantastycznych. Bo niby jak? Jak długo aktor na scenie może podawać definicje wymyślonych stworzeń, by widz nie poczuł się totalnie znudzony i w dodatku dobrze się bawił? I to bez realistycznego ich ukazywania w postaci marionetek, kukieł czy innych lalek? O nie, właśnie tego rodzaju odtwarzania twórca pragnął uniknąć. No więc ile? 15, 20 minut? Okazuje się, że dzięki talentowi reżysera i aktorów całkiem długo – ponad godzinę!

Ale zacznijmy od krótkiego wyjaśnienia. Bogaty świat zwierząt od dawna fascynował ludzi, a ponieważ wielość ich gatunków i dziwny wygląd niektórych przedstawicieli często wykraczał poza możliwości percepcyjne mieszkańców dawnych epok, zaczęli oni już we wczesnym średniowieczu tworzyć ich encyklopedyczne opisy, różnego rodzaju katalogi, nazywane bestiariuszami i mające na celu między innymi ułatwienie orientacji w zakresie pytań w stylu „czym bazyliszek różni się od nosorożca”. W zbiorach tych zwierzęta realne występowały na równych prawach z fantastycznymi tworami ludzkiej wyobraźni, które rodziły się z naszych lęków i obaw przed nieznanym. Dziś powiedzielibyśmy, że były tworami podświadomości. Myśl, że potwory w postaci smoków, wiwern czy jednorożców niekoniecznie istnieją realnie lecz ucieleśniają tylko to, co drzemie w nas samych, pojawiła się nieco później, przybierając najbardziej znaną formę dzięki jednej z rycin Francisco Goyi, zatytułowanej „Gdy rozum śpi, budzą się demony”.

Właśnie o tym obrazie myślałam usilnie, oglądając spektakl teatru Mumerus (nawiasem pisząc, nazwa zespołu to także określenie pewnego fantastycznego zwierzęcia, które zostało opisane przez księdza Benedykta Chmielowskiego w jego pierwszej polskiej encyklopedii zatytułowanej „Nowe Ateny” - mumerus to według niego libijski potwór o oryginalnych zwyczajach żywieniowych).

Spektakl zaczyna się, gdy dwie ubrane na czarno postaci, mężczyzna i kobieta (Anna Lenczewska i Robert Żurek) o kredowobiałych twarzach wchodzą na scenę, zasłaniając się krzesłami. Okazuje się, że to meble wielofunkcyjne, kryjące w sobie sporo zakamarków i schowków. Dzięki wyciąganym z nich przedmiotom użytku codziennego, jakimś drewnianym wałkom do ciasta, kuchennym łyżkom i trzepaczkom, aktorzy przedstawiają przed oczami zdziwionych widzów alternatywną wizję stworzenia świata, powstanie życia na ziemi w wersji à rebours. Historia ta ukazana jest w sposób bardzo pomysłowy, dosadny, rubaszny, jednoznacznie erotyczny (co, przyznacie, nie jest łatwo uzyskać za pomocą drewnianych utensyliów kuchennych – potrzeba tu sporej dawki teatralnej wyobraźni), dlatego na widowni raz po raz rozlegają się salwy gromkiego śmiechu.

Po chwili okazuje się, że efektem tego „kalekiego” aktu kreacji są różnego rodzaju, rozliczne stworzenia, które zamieszkują nasze domy, chowają się po kątach, dybią na nas pod dywanem i w kanałach ściekowych, żerują w naszych kuchniach, rozmnażają się pod stołami, gnieżdżą się w naszych poduszkach i… w naszych umysłach. Jest ich naprawdę sporo, a każdy gatunek jest inny, ma inne zwyczaje i morfologię, lubi co innego. Aktorzy na ascetycznej, prawie pustej scenie dwoją się i troją, by żyjątka te przedstawić nam w sposób interesujący, co ułatwia im znakomity tekst twórcy „Zoologii fantastycznej”, Jana Gondowicza. Autor z właściwą sobie swadą, erudycją i dużą dawką poczucia humoru opisuje etymologię, pochodzenie i charakterystykę nierealnych przedstawicieli świata fauny, będących wytworem wyobraźni, przedstawia nawet pseudonaukowe dowody na ich istnienie. Istoty te ożywają na scenie w spektaklu Mumerusa. Może wciąż nie potrafimy ich dostrzec, ale wiemy, że tam są. Że na nas czyhają. Że czają się po kątach. Gra aktorów jest bowiem tak sugestywna, że w pewnym momencie zaczyna nas aż swędzieć skóra od ugryzień jednego z nich i przypominamy sobie mgliście, że innego widzieliśmy wczoraj pod kanapą w salonie…

Definicje zwierząt fantastycznych autorstwa Gondowicza są dowcipne i ciekawe, postawione już wcześniej pytanie pozostaje jednak otwarte – co zrobić, by z encyklopedycznych haseł powstał prawdziwy spektakl? Po obejrzeniu „Ampucia” odpowiedź wydaje się prosta – wystarczą dobrzy aktorzy i świetna reżyseria. Postaci na scenie, które mniej więcej w połowie spektaklu okazują się być Demonami Porządku, cały czas coś robią, krzątają się, zagospodarowując przestrzeń. Posługują się ekspresyjną, wyrazistą mimiką, wzmagając tym samym niesamowitą atmosferę spektaklu. Czasem poruszają się w rytm muzyki jak automaty, innym razem na gest jednej z nich odpowiada ruch drugiej. Wszystko to jest perfekcyjnie dograne i zsynchronizowane z muzyką. Aktorzy wykorzystują na różne sposoby krzesła, z którymi pojawili się na scenie. Dyskutują. Kłócą się. Śpiewają. Flirtują ze sobą. Dobrze się bawią, to znów wydają się być znudzeni. Ich dialog, który tak naprawdę nie jest rozmową, bo przecież recytują tylko słownikowe definicje, zostaje nagle zakłócony wkroczeniem na scenę kontrabasisty, który na znajdującym się tu od początku spektaklu instrumencie wygrywa kilka melodii, będących podkładem dla wypowiedzi aktorów i znika tak samo nagle i niespodziewanie, jak się pojawił. Cała ta akcja powtarza się później jeszcze raz. Muzyk „z trochę innej bajki” zdaje się być w tym spektaklu zupełnie nie na miejscu, jest absurdalnym wtrętem i dlatego właśnie jak najbardziej pasuje do poetyki przedstawień Mumerusa, jakkolwiek paradoksalnie nie zabrzmiałoby to stwierdzenie.

Spektakl toczy się swoim rytmem, artyści opisują coraz to nowe stworki, a ich działania układają się w swoistego rodzaju ruchową fabułę, którą śledzimy z zapartym tchem, mimo że, podobnie jak w innych spektaklach Teatru Mumerus, na próżno poszukiwalibyśmy tu akcji w klasycznym znaczeniu tego słowa. Twórcom udało się w sposób lekki i zabawny, za pomocą teatralnej metafory stworzyć przedstawienie, które tak naprawdę mówi o rzeczach poważnych i istotnych. O czym? Ano na przykład o tym, że są na tym świecie rzeczy…Albo o tym, że monstra czają się w nas samych… Albo o tym, że… - trzeba wybrać się na ten spektakl, by samemu odpowiedzieć sobie na to pytanie. Naprawdę warto!

Magdalena Wróbel

Modny Kraków – miesięcznik społeczno – kulturalny
http://www.modnykrakow.pl

Luty 2010, nr 2/2010

Kulka w kurzu


Jesteśmy epizodami w życiu przedmiotów.


Znalazłam to zdanie w katalogu wystawy Franciszka Starowieyskiego. Dawno to było, kartki kredowego papieru pewnie już dawno zapomniały ciepło moich dłoni, a może zatrzymały je na zawsze? Coraz częściej zdarza nam się zapominać, że przedmioty żyją swoim własnym życiem. W pewnym momencie, gdy zdajemy sobie sprawę, że dorośliśmy, przestajemy wchodzić do szafy na ubrania, wierząc, że w miejscu jej tylnej ścianki znajdziemy przejście do innego świata. Wraz z tą chwilą przestaje nas obchodzić, co przedmioty o nas myślą. Przestajemy się z nimi witać po wejściu do pokoju. Dyskusje z co krnąbrniejszymi egzemplarzami podejmujemy tylko w sytuacjach, gdy na przykład humorzasty parasol odmówi współpracy w obliczu nagłego oberwania chmury.
Autorzy spektaklu "Ampuć" odwołali się do naszego dziecięcego sposobu patrzenia na świat. Ze strychu naszej pamięci przynieśli tę magiczną szafę i na naszych oczach wyważyli jej tylną ściankę. Okazało się, że nasze dawne marzenia znalazły swoją realizację na scenie Teatru Zależnego Politechniki Krakowskiej. Świat za szafą istnieje naprawdę. Na scenie z pozoru nie działo się nic specjalnego, żadnych efektownych dekoracji, kolorowych kostiumów aktorów, gry świateł, nie słyszeliśmy muzyki, którą można by nucić pod nosem, gdy będziemy wychodzić z teatru. Esencją i głównymi bohaterami spektaklu były przedmioty, niezwykłe dla
naszej dorosłej i poważnej leksyki. Takie hybrydy rzemieślnicze powstawały w naszych głowach, gdy byliśmy mali, gdy w piecach do opalania mieszkały hipopotamy, a lodówki zamrażały światło. Czasem, przypadkowo przypomni nam się jedna z tych fantazji, gdy złapiemy do ręki kolorowe kółko, które kiedyś na pewno byłoby dla nas częścią misternej maszynerii. Teraz mamy już wyłącznie "utylitarne podejście do przedmiotu". Przyrządy i instrumenty mają spełniać określone funkcje, nie tracimy czasu, by wymyślać im dodatkowe, fantastyczne zastosowania.
Na takie "podejście do przedmiotu" nie godzą się artyści Mumerusa. Zainspirowani "Zoologią fantastyczną" Jana Gondowicza, przełożyli biologiczno-fantastyczny wywód na język przedmiotów. Stworzyli przedstawienie na podstawie encyklopedycznych wypisów, zrobili rzecz, wydawać by się mogło, niemożliwą. Ci, którzy zebrali się tego wieczoru na widowni, przyznają zgodnie, że potencjał sceniczny tego spektaklu jest niewątpliwy.
Autorom udało się doprowadzić swoją publiczność do takiego stanu, że patrzyła podejrzliwie na każdy przedmiot znajdujący się na scenie. Wszystko uzyskało swoją dramatyczną potencjalność. Zaczęliśmy wątpić w przedmioty i ich przeznaczenie. Po niespodziewanym umuzycznieniu wielkich krawieckich nożyc, po przeistoczeniu się wieszaka w Alicję z Krainy Czarów, wiolonczela stała się dla nas "przedmiotem wydającym dźwięki", budowała nastrój, odpowiadała aktorom, nadawała rytm ich grze. Nie wiedzieliśmy, czego jeszcze możemy się spodziewać. Kulka w kurzu obserwowała nas z wyciemnionego kąta. O jej obecności gdzieś w
przestrzeni scenicznej wiedzieliśmy tylko z wypowiedzi aktorki, ale faktycznie, dreszcz przebiegł po plecach, bo poczuliśmy na sobie jej czujny wzrok. Tylko młotek zachował swoją prymarną funkcję, można bowiem przy jego pomocy utłuc żyjątko przycupnięte na popielniczce, tracąc niestety tym samym popielniczkę...
"Przedmioty są przeciw nam". Gdy to zdanie padło ze sceny, uśmiechnęliśmy się potakująco. Kanapki zawsze spadają masłem w dół. Guziki urywają się w chwili największego pośpiechu, sznurówka umyka z okowów dziurek, zawsze na pięć minut przed odjazdem tramwaju. I co ciekawe, przedmioty w ogóle nie obchodzi, co myślimy o nich w takich sytuacjach...

Mumerus nigdy nie podaje znaczeń w prosty i jednoznaczny sposób. Wymaga od swojego widza intelektualnego wysiłku, by dostrzegał, rozumiał i łączył kolejne elementy spektaklu. Sztuka teatralna nigdy nie jest autonomicznym bytem. Zawsze odczytuje się ją przez coś. A Mumerus nigdy nie podpowiada. Aktorzy zespołu snują swoją historię, nie przejmując się; zrozumiemy, czy nie zrozumiemy, znajdziemy, czy nie znajdziemy właściwy klucz. Prowokują pojawianie się w naszych myślach coraz częstszych znaków zapytania. Łapiemy kolejne elementy. Każdy z nich na swój sposób pasuje do wolnego miejsca układanki, niby wszystko jest tak, jak być powinno, jedyny problem stanowi fakt, że nie znamy wzorcowego obrazka, a efekt układany przez nas dopasowuje się do tego, co my chcemy zobaczyć w spektaklu.
Interesujące są dwa poziomy narracji scenicznej, za pomocą których zostaje nam przedstawiona treść spektaklu. Przedstawienie jest tak silnie zbudowane na warstwie słownej, że z powodzeniem mogłoby funkcjonować jako słuchowisko radiowe. Aktorzy opowiadają o kolejnych gatunkach fantastycznych żyjątek w sposób tak plastyczny, że z łatwością możemy odnaleźć w wyobraźni swoje własne odpowiedniki dla ich wyglądu. Dla Wiesława Hołdysa byłoby to jednak rozwiązanie zbyt proste. Każdy może sobie wyobrazić niedźwiedzia mieszkającego w rurach kanalizacyjnych. Przyklejaki, Lekceważki - nie ma obrazów niemożliwych do wykreowania przez ludzki umysł. Natomiast pokazanie tych wszystkich stworzeń na scenie, przy pomocy jedynie najprostszych przedmiotów, nie jest już tak oczywiste i łatwe.
Mumerus głównymi bohaterami swojego spektaklu uczynił przedmioty, które swoją obecnością uruchamiają lawinę skojarzeń. Anna Lenczewska i Robert Żurek, w białych maskach swoich własnych twarzy, są jak zaklinacze. Przedmioty ożywają w ich rękach. Wałek do ciasta staje się ponawiercanym i ponadziewanym ready made.
Przez cały czas do końca nie wiemy, jaki jest właściwy klucz do interpretacji tego spektaklu. Może właśnie dadaizm wyznacza właściwą perspektywę naszego odbioru? Konstruktywizm, sztuka konceptualna, futuryzm; skoro samochód wyścigowy może być dziełem sztuki, to czemu nie łapka zastawiona na Minusa?

Historia, którą opowiadają na samym początku spektaklu aktorzy, przypomina jeden z Dialogów Platona; najpierw ona i on, potem on i on, ona i ona... Łączyli się w tęsknocie za dopełnieniem. Wszystko pewnie potoczyłoby się właściwym torem i ewolucja nie zboczyłaby z wymierzonego kursu, gdyby nagle nie połączyły się z sobą Miłość i Nienawiść. Wtedy zaczęły powstawać hybrydy i kreatury, stworzenia, o których już dzisiaj zupełnie zapomnieliśmy. Jedną z najsilniejszych cech zespołu Mumerus jest silnie steatralizowany świat, do którego prowadzą nas aktorzy. Już zapomnieliśmy, zapatrzeni w potomków realizmu, że to jest właśnie naczelna funkcja teatru: nie epatować światem, który nas uderza w twarz, gdy tylko wyjdziemy na ulicę. Nie wulgaryzować i nie desakralizować ostatnich możliwych miejsc ucieczki. Teatr pozostaje jednym z ostatnich azymutów eskapizmu. W prostych słowach ujęła to Joanna Kulmowa, pisząc wiersz o "księżycu w misce". Zabawa z teatrem jest pełna dopiero wtedy, gdy uwierzymy w świat przedstawiony, przestaniemy doszukiwać się naukowych
podtekstów i zapomnimy, że "miecz to zwyczajny pogrzebacz".
Fantazyjność jest najmocniejszą stroną tego spektaklu. Dzięki niemu wszystkie nasze potwory, mieszkające pod łóżkami, wślizgujące się ukradkiem pod kołdrę, znajdują uzasadnienie dla swojego istnienia. W Mumerusie nikt nie byłby zdziwiony, gdybyśmy przyprowadzili je ze sobą na aksamitnej smyczy. Tylko kontrolerzy w tramwajach, nie rozumiejąc, zawsze wszczynają awantury, że "bez kagańca!!!". Nie zdają sobie sprawy, że Rurarz, potwór z ich dziecięcych snów, a właściwie podgatunek niedźwiedzia (by być wiernym naukowej terminologii
Gondowicza) naprawdę wędruje w rurach ciepłowniczych ich bloków w Hucie i troskliwie dba, by woda była zawsze ciepła. Czasem wysuwa z kranu łapę i czule gładzi rękę kucharki. Czasami zaś wysuwa cały pyszczek i liże twarze myjących się z zamkniętymi oczami. Nie zdziwmy się również, gdy pewnej nocy, gdy wszyscy domownicy już dawno udadzą się na spoczynek, spod naszego fotela cicho wysunie się trąbka Ampucia. Możliwe, że usłyszymy przy tym cichy świst, gdy wciąga paproszki. Nie rzucajmy kapciem w jego kierunku, nie płoszmy, nie wołajmy kota. Wyciągnijmy z kieszeni resztkę chałwy z łupieżu, którą kupiliśmy dzisiejszego ranka w Wypożyczalni Kotów i cicho przeżuwając, obserwujmy go uważnie, przecież świat może się kiedyś odrodzić właśnie z Ampuciów.
A, i jeszcze jedno - Smacznego!


Olga Śmiechowicz
Internetowy Magazyn Teatralny Teatralia
http://www.teatralia.com.pl./

Małgorzata Pawlak
Letnia Scena: Ampuć, czyli zoologia fantastyczna

W końcu Letnia Scena 2013 obrodziła czymś przykuwającym uwagę. Wszystko za sprawą niespodzianki z Krakowa – sztuki o tajemniczym tytule Ampuć, czyli zoologia fantastyczna.
Sam opis wydawał się zachęcać i ciekawić, do tego plakat – obok Wścieku jedyny do przyjęcia. Ileż to jednak razy początkowe wrażenia w proch się obracały i pleśniały niesmacznie w rzeczywistości. To przedstawienie natomiast dobre przeczucie pociągnęło, rozwinęło, buchając w widza mocą surrealizmu i dziwów. Cieszy, że temat nareszcie jest pięknie niedorzeczny, fantastyczny, stroniący od żali codzienności i przemielania problemów w niewiadomym celu.
Ampuć na scenę wkracza dziwnie, przy pomocy łatwych środków pragnie zaskarbić sobie przychylność widza. Ale zbędny manewr kończy się szybko, po nim przychodzi już tylko piękne zdumienie. Bazuje się tu na książce Zoologia fantastyczna uzupełniona autorstwa Jana Gondowicza – opisach dość niecodziennych zwierząt. Nie wiem, skąd taki pomysł u Wiesława Hołdysa, ale niech więcej tego rodzaju koncepcji w głowach twórców teatralnych się rodzi. To powiew świeżości, orzeźwienie, którego chce się zażywać. Jakby ktoś w Domu Literatury otworzył w końcu tego lata okno, by powietrze mogło dryfować po sali teatralnej. Obok wersji tekstowej kluczem są także aktorzy – Anna Lenczewska i Robert Żurek, którym charyzma wysypuje się z kieszeni. Są wygimnastykowani w swych pokrętnych harcach artystycznych, fascynują mimiką i ekspresją. Z twarzami pokrytymi farbą manewrują w półmroku z oszczędnymi, ale wymownymi atrybutami. Tu scenograficzne ukłony w stronę Ewy Bujak oraz Tadeusza Przybylskiego; a jeśli już chwalimy to warto też wspomnieć o koncepcji muzyki na żywo (to patent, który sprawdza się prawie zawsze, a nadal nieczęsto jest wykorzystywany) i Michale Braszaku przy kontrabasie.
Jaka to ulga dla wnętrza, że ktoś w końcu pokazuje, że nie trzeba moralizować i radzić, żonglować banałami i dorabiać wielkiej ideologii. Można lekko i z niesforną klasą, hipnotycznie i nonszalancko, a jednak wciąż o czymś, nadal z głębią. Teatr Mumerus częstuje odbiorców wyimaginowanymi, baśniowymi opowieściami z pogranicza oniryzmu, dobudowującymi do wtórnej codzienności aspekty nieodkryte, intrygujące. Czuć w tym farsowość Hydrozagadki Kondratiuka, niekonwencjonalność Gombrowicza. Na wzór Białoszewskiego przedmioty urastają do rangi sacrum, mieszają się światy, nieprawdopodobne stwory wkraczają w naszą świadomość.
Ampuć wkłada widza na karuzelę i kręci w nieodgadnionym kierunku. Po spektaklu uśmiech ukontentowania sam bezpardonowo wstępuje na usta – a to chyba najlepsza i najprostsza recenzja, jaką można otrzymać.
Portal Plaster Łódzki
www.plasterlodzki.pl


Zoologiczna onomatopeja

Dwie białe twarze i całe mnóstwo dźwięków. Tak w jednym zdaniu można opisać materię spektaklu "Ampuć czyli zoologia fantatyczna". Materię bardzo przyjemną, mimo że szeptaną, wykrzykiwaną, szeleszczącą i zgrzytającą. W spektaklu obok słów bardzo istotny jest sam dźwięk. Wydobywa się ze stojącego na scenie, umiejętnie obsługiwanego kontrabasu, jak również bezpośrednio z ust aktorów oraz wykorzystywanych do produkcji odgłosów przedmiotów
Fabuła spektaklu nie odgrywa tu pierwszorzędnej roli. Mamy do czynienia przede wszystkim z teatrem formy. Forma spektaklu nie jest nazbyt wyszukana, ale również nie banalna. Bazuje na muzyczności, która stanowi fundament konstrukcji spektaklu w reżyserii Wiesława Hołdysa. Aktorzy w pomalowanych białych twarzach, ubrani na czarno wtapiają się w umuzycznioną przez nich przestrzeń. Na scenie panuje ciemność, przez którą przebijają się poszczególne dźwięki i błyski reflektorów. Aktorzy stanowiący na scenie coś, co trudno zdefiniować, emanują efemerycznością i przesiąknięci są całkowicie sceniczną rzeczywistością. Scena jest sceną z dwoma krzesłami, które „pomagają” – podobnie jak inne rekwizyty – w produkcji scenicznych dźwięków. Wszystko po to, by zaprezentować widzom zoologiczną wariację na temat Rurarzy, Przyklejaków, Fotelików i innych stworów żyjących w każdym domu. Aktorzy prezentują nam każdy gatunek i rodzaj robactwa domowych stworzonek, o których obecności nie mieliśmy nigdy wcześniej pojęcia. Dowiadujemy się, że podstawowym składnikiem chałwy jest łupież, a to, że częściej gubimy niż znajdujemy w domu małe przedmioty spowodowane jest działalnością Wnętrzaków. Okazuje się, że najgroźniejsze są jednak Minusy, co do istnienia których nigdy nie mamy pewności. To na nie w scenie końcowej (najbardziej jasnej i plastycznej) aktorzy zastawiają sporą ilość pułapek na myszy. Poprzez co scena się zamienia w jedną wielką pułapkę czyhającą na uchwycenie wszechogarniającej pustki.

Spektakl przyjmuje formę onomatopeicznego wykładu, opartego na tekście Jana Gondowicza „Zoologia fantastyczna uzupełniona”, którego podstawową cechą jest robaczywy ale odrobinę komiczny turpizm. Obrzydlistwo miesza się z urokiem bardzo precyzyjnej gry Roberta Żurka i trochę bardziej chaotycznej gry Anny Lanczewskiej. Całość momentami urzeka, momentami bawi a chwilami budzi obrzydzenie. Reżyser ukazuje nam nieznane nam dotąd rejony naszycg domostw, gdzie na każdym kroku, czy tego chcemy, czy nie czai się jakieś zoologiczne Coś.
Magda A. Jasińska
Dziennik Teatralny


Czarno-biała kakofonia absurdu, czyli ampuć

Wspaniała gra aktorska, nastrojowa gra świateł i wyśmienita gra na nerwach - tak w skrócie można opisać sztukę "Ampuć czyli zoologia fantastyczna".

Czy można stworzyć coś z niczego? Teatr Mumerus udowodnił, że można i do swojego ambitnego repertuaru włączył sztukę opartą na bestiariuszu Jana Gondowicza.

Wybierając się na "Ampucia" proszę nie spodziewać się teatru kukiełkowego, ani nawet rzeszy aktorów w barwnych strojach, odgrywających bohaterów Zoologii Fantastycznej. Aktorów zobaczymy dwoje - Annę Lenczewską i Roberta Żurka. Przez godzinę, wyprawiając cuda na scenie, będą nas raczyć pikantnymi szczegółami z życia ampucia, rurarza, przyklejaka i kilku innych dzikich lokatorów ludzkich mieszkań. Jak się bowiem okaże, te dwie ubrane na czarno postacie z kredowobiałymi twarzami i krwiście czerwonymi ustami są demonami porządku, których zadaniem jest zmaganie się z owymi stworami.

Na osobną uwagę zasługuje kontrabas i jego wirtuoz. Muzyk wchodzi ot tak, w połowie sztuki na scenę i świdrującymi dźwiękami pozwala poczuć każdemu na własnej skórze małe nóżki przebiegającego nam po ramieniu, niezidentyfikowanego żyjątka. Autorami tej kakofonii są Michał Braszak i Maurycy J. Kin, którzy strunami instrumentu wprawili w ruch skrzydełka jakiegoś irytującego, latającego cudaka.

Całość tworzy niezapomniany spektakl przesycony absurdem i pikantnym humorem. Tu krzesło nie jest krzesłem, a tłuczek do ziemniaków i młotek bynajmniej nie są wykorzystywane zgodnie ze swoim pierwotnym przeznaczeniem. Wiesław Hołdys w XXI wieku zrobił coś, co świecie jaskrawej popkultury wydawało się niemożliwe - zmusił widza do wyobrażenia sobie wszystkiego, do wymyślenia po swojemu całego roju nieistniejących stworzeń.

Odważnych, którzy zdecydują się stanąć oko w oko z nieznanym, czeka solidna porcja śmiechu, doskonałej zabawy i niezapomnianych wrażeń.

Anna Kowalska
Portal MM Moje Miasto - Kraków

www.mmkrakow.pl

Olga Śmiechowicz

Przygarnij Ampucia
czyli bestiariusz Mumerusa


Nie lubię, gdy wmawia się, że sztuka powinna zmuszać do myślenia. To życie powinno zmuszać swojego odbiorcę do myślenia, a sztuka powinna ciągnąć go za kark ku górze, gdy kolejne wydanie „Wiadomości” odbiera sen zaoranym źrenicom.
Nie lubię, gdy w teatrze wciąż powtarza się słowa, bez znaczenia. Gdy muszę znosić kolejne, efekciarskie projekcje wideo, które po Fabryce Krystiana Lupy stały się irytującym nowotworem z tendencjami do przerzutów na kolejne produkcje teatralne.
Nudzi mnie, gdy spektakl, nie może się obyć bez epatowania nagością, której funkcji zapomnieli współcześni twórcy.
Pokonana, zamykam oczy, gdy stałym elementem każdej kulminacyjnej sceny w spektaklu jest dźwięk dzwoniącego telefonu, bo przecież jego właściciel, wracając z teatru nie może zapomnieć o kupieniu pomidorów.
Narzekania rozkapryszonego bachora, krytykującego teatralne wydumiska Uznanych, Nagradzanych, Wtórnych…
Niekoniecznie.
Lubię, gdy w ciemności małej, zakurzonej sali, ktoś wyciąga tuż przede mną tłuczek do mięsa i nadaje mu nowe znaczenie.
Lubię, gdy ktoś ciska mi prosto w twarz cytaty z książek, o których nigdy nie słyszałam.
Naprawdę, wolę słuchać niestworzonych historii o niedźwiedziu, mieszkającym w kanalizacji mojego mieszkania, niż biernie obserwować sceniczną mielonkę z martyrologii narodu polskiego.
Krakowski Teatr Mumerus daje mi wszystko czego potrzebuję.
Gwarantuje mi spełnioną miłość do teatru.
Daje mi fantazyjność, możliwość odejścia do równoległego świata.
Daje mi nawet mrówkojada na szyldzie.
Jeżeli ktoś poszukuje teatru, w którym myśli się o słowie, jako o materii, z której można budować, na przekór zwulgaryzowanej, obowiązującej nas wszystkich rzeczywistości, mam nadzieję, że spotka swojego białego królika, który go zawiedzie prosto pod szatnię Mumerusa.
Ten zespół, prowadzony szczęśliwie przez Wiesława Hołdysa, programowo nie poddaje się modom kulturalnym. Szukający odniesień do tego, co znane i oswojone, powinni się zadowolić stwierdzeniem, że można odnaleźć w nim pewne punkty styczne z teatrem Tadeusza Kantora. Wnikliwy widz zda sobie jednak sprawę, że to tylko luźne asocjacje, które wskazują na pewien sposób myślenia o teatrze, nie warunkują one jednak żadnych cytatów estetycznych. W końcu, to chyba o to chodzi w teatrze, by mając do dyspozycji dwa krzesła, czarną materię, parę metrów kwadratowych sceny - przypomnieć sobie i siedzącej po drugiej stronie widowni, że prawdziwy, ciekawy teatr, nie potrzebuje przerysowanych efektów, ogłuszającej muzyki i nazwisk znanych z seriali. Widza można uwieść opowiadając o chałwie z łupieżu i o Ampuciu, małym stworzonku, wciągającym spod naszego fotela paproszki.
Spektakl o Ampuciu, stanowi idealny prolog do teatralnej przygody z Mumerusem. Jeżeli ktoś lubi malarstwo Alfreda Kubina i bawią go żarty o chmurach, które patrząc na nasze ziemskie kontynenty, przyrównują ich kształty do np. kaczuszki, z pewnością zrozumie humor tego spektaklu.
„Ampuć” to „Zoologia fantastyczna” Jana Gondowicza, przełożona przez artystów Mumerusa na język przedmiotów. Aktorzy wkradają się do zakurzonych szuflad naszej pamięci i wyciągają kolejne kółka i szklane kulki, które kiedyś były częściami ogromnej, skomplikowanej maszynerii, która w dorosłym życiu przemieniła się w koszmar więzienia z pracy Piranesiego. Przedmioty stały się równoprawnymi aktorami tego przedstawienia. Ich istota, funkcja, została poddana dokładnej analizie. W świetle wpadającym przez okno naszej wyobraźni, widzimy wszystkie drzemiące w nich możliwości. Dorosłe i racjonalne wytłumaczenia, przestają być zadowalające. Widz traci w pewnym momencie poczucie równowagi. Patrzy podejrzliwie, na każdy przedmiot znajdujący się na scenie. Przypominają się zabawy Marcela Duchampa, który nigdy nie nazywał wiatru – „wiatrem”, ale zawsze mówił o nim: „ten, który wieje”.
"Przedmioty są przeciw nam". Gdy to zdanie pada ze sceny, widzowie uśmiechają się potakująco. Kanapki zawsze spadają masłem w dół. Guziki urywają się w chwili największego pośpiechu, sznurówka umyka z okowów dziurek, zawsze na pięć minut przed odjazdem tramwaju. Przedmioty w ogóle nie obchodzi, co myślimy o nich w takich sytuacjach… A wyobraźnia pędzi dalej, bo co się stanie, jeżeli do grzbietu kota, który zgodnie z obowiązującą wszystkie pręgowce teorią, zawsze spada na cztery łapy, przywiążemy kromkę posmarowaną masłem?
O sile spektakli Mumerusa stanowi również to, że czasem, wystarczy tylko jedno, wypowiedziane ze sceny, słowo. I wystarczy. Zostało przekazane wszystko. Przedstawienie jest tak silnie zbudowane na opowieści, że z powodzeniem mogłoby funkcjonować jako słuchowisko radiowe. Aktorzy opisują kolejne gatunki fantastycznych żyjątek w sposób tak plastyczny, że z łatwością możemy odnaleźć w wyobraźni swoje własne przedstawienia. Dla Wiesława Hołdysa byłoby to jednak rozwiązanie zbyt proste. Każdy może sobie wyobrazić Przyklejaka lub Lekceważkę - nie ma obrazów niemożliwych do wykreowania przez ludzki umysł. Natomiast pokazanie tych wszystkich stworzeń na scenie, nie jest już tak oczywiste i łatwe.
Historia, którą opowiadają na samym początku spektaklu aktorzy, przypomina jeden z „Dialogów” Platona; najpierw Ona i On, potem On i On, Ona i Ona... Łączyli się w tęsknocie za dopełnieniem. Wszystko pewnie potoczyłoby się właściwym torem i ewolucja nie zboczyłaby z wymierzonego kursu, gdyby nagle nie połączyły się z sobą Miłość i Nienawiść. Wtedy zaczęły powstawać hybrydy i kreatury, stworzenia, o których już dzisiaj zupełnie zapomnieliśmy, a które znalazły się w bestiariuszu Mumerusa.
„Zoologia fantastyczna” wdarła się do naszych kuchni i piwnic, i semantyczną wichurą pozrzucała wszystko z pokatalogowanych pojęciami półek. Przedmioty wykorzystane w spektaklu uruchamiają lawinę skojarzeń. Anna Lenczewska i Robert Żurek, w białych maskach swoich własnych twarzy, są jak zaklinacze: pokorne rzeczowniki w mianowniku ożywają w ich rękach. Przez cały czas nie wiemy, jaki jest właściwy klucz do interpretacji tego spektaklu. Może właśnie dadaizm wyznacza właściwą perspektywę naszego odbioru? Konstruktywizm, sztuka konceptualna, futuryzm; skoro samochód wyścigowy może być dziełem sztuki, to czemu nie łapka zastawiona na Minusa?
Mumerus nigdy nie podaje znaczeń w prosty i jednoznaczny sposób. Wymaga od swojego widza intelektualnego wysiłku, by dostrzegał, rozumiał i łączył kolejne elementy spektaklu.
Mumerus nigdy nie podpowiada. Aktorzy zespołu snują swoją historię, nie przejmując się; zrozumiemy, czy nie zrozumiemy, znajdziemy, czy nie znajdziemy właściwy klucz. Prowokują pojawianie się w naszych myślach coraz częstszych znaków zapytania.
Jedną z najsilniejszych cech zespołu Mumerus jest silnie steatralizowany świat, do którego prowadzą nas aktorzy. Już zapomnieliśmy, zapatrzeni w potomków realizmu, że to jest właśnie naczelna funkcja teatru: nie epatować światem, który nas uderza w twarz, gdy tylko wyjdziemy na ulicę. Nie wulgaryzować i nie desakralizować ostatnich możliwych miejsc ucieczki. Teatr pozostaje jednym z ostatnich azymutów eskapizmu. Zabawa z teatrem jest pełna dopiero wtedy, gdy uwierzymy w świat przedstawiony, przestaniemy doszukiwać się naukowych podtekstów i zapomnimy, że "miecz to zwyczajny pogrzebacz". Fantazyjność jest najmocniejszą stroną tego spektaklu. Dzięki niemu wszystkie nasze potwory, mieszkające pod łóżkami, wślizgujące się ukradkiem pod kołdrę, znajdują uzasadnienie dla swojego istnienia. Dają się wychować, zaczynają jeść z ręki i trącają nosami w oczekiwaniu na jeszcze. Pewnej nocy, w godzinie przedświtu, zbudzeni jakimś odległym niepokojem, ujrzymy je, potulnie śpiące w naszych nogach. W Mumerusie nikt nie byłby zdziwiony, gdybyśmy przyprowadzili je ze sobą na aksamitnej smyczy. Tylko kontrolerzy w tramwajach, nie rozumiejąc, zawsze wszczynają awantury, że "bez kagańca!!!". Nie zdają sobie sprawy, że Rurarz, potwór z ich dziecięcych snów... a właściwie podgatunek niedźwiedzia (by być wiernym naukowej terminologii Jana Gondowicza), naprawdę wędruje w rurach ciepłowniczych ich bloków w Nowej Hucie i troskliwie dba, by woda była zawsze ciepła. Czasem wysuwa z kranu łapę i czule gładzi rękę kucharki. Czasami zaś wysuwa cały pyszczek i liże twarze myjących się z zamkniętymi oczami…

Olga Śmiechowicz

Migotania
Gazeta Literacka nr 1(34) 2012


Gdy w pobliżu coś trzaśnie…


Nieznane dźwięki i szelesty wydobywające się z każdego kąta, tajemnicze stwory wypełzające spod krzeseł i szaf, wynurzające się z szarych kłębków kurzu bądź wychylające się nieznacznie z kuchennych rur, aby ,,wpatrywać się w mrok pokoi, gdzie mieszkają stworzenia nieumiejące łazić w rurach”. Hołdys mówi Gondowiczem – inteligentnie i z humorem, groteskowo i ironicznie śmieje się, analizuje, parodiuje i bezwzględnie wyszydza ludzkie przywary, zabobony i przesądy, które okazują się przybierać przeróżne, absurdalnie fantastyczne oblicza.
Już pierwsza scena spektaklu Ampuć, czyli zoologia fantastyczna jasno wskazuje na jednolitość stylistyczną Mumerusa, zwłaszcza pod względem scenograficznym, silnie zakorzenioną w tradycji teatru Cricot. Dwa stare krzesła postawione na środku sceny, za którymi schowani są wampirycznie wyglądający aktorzy o kredowobiałych twarzach, odziani w znoszone, trumienne uniformy, wprost wyjęci z Umarłej klasy; zużyte, drewniane przedmioty kuchenne, ciepłe oświetlenie żółtych reflektorów zalewające malutką scenę, a wszystko to w starej, dusznej piwnicy na ulicy Kanonicznej. Trochę tam młodopolskiego folkloru, trochę Witkacego i jego „witkacoidów”. Jednakże tematem nie jest żaden literacki klasyk, współczesny dramat czy autorski scenariusz, będący w istocie zgrabnym kolażem kilku utworów, lecz słownik – forma, zdawać by się mogło, wybitnie niesceniczna. Skomponowana w tejże konwencji Zoologia fantastyczna uzupełniona stanowi jednak ciekawy wyjątek. W tekście przedstawiono dowcipnie potraktowaną systematykę dziwacznych stworzeń urozmaicających życie mieszkańcom każdego domu. Odpowiedzialne za bałagan, niewytłumaczalne znikanie przedmiotów, dziwne odgłosy czy uszkodzenia istnieją w naszym świecie intensywnie i dyskretnie. Wpisane w porządek rzeczywistości odsyłają zarazem, paradoksalnie, do sfery wierzeń i przekonań iście zabobonnych, które wciąż funkcjonują w zbiorowej świadomości. Precyzyjnie skonstruowane definicje, opisy, analizy oraz porady, mówiące jak radzić sobie z danymi ,,insektami”, napisane specjalistycznym, pseudonaukowym językiem obfitują w kreatywne neologizmy, chwytliwe zbitki słowne i gry skojarzeń. Gondowicz zręcznie, z prawdziwym kunsztem, bawi się słowem sprawiając, że Zoologia fantastyczna nosi w sobie echa poetyki Schultza, naukowej erudycji Lema, absurdalnego sarkazmu Gombrowicza czy metafizyki średniowiecznych pism heretyków i arturiańskich podań, legend czy gotyckich ksiąg magicznych i ludowych poradników. Lekceważka, rurarz, wgryzek, wkrętek, znikający minus i inne dziwadła stają się tym samym pełnokrwistymi bohaterami, z których każdy ma swoje pięć minut.
Ten aspekt Zoologii… wykorzystuje w Ampuciu Wiesław Hołdys – zderzając ze sobą poszczególne opisy fantastycznych bohaterów, wkładając je w usta dwojga charyzmatycznych aktorów, umieszczając w rozmaitych kontekstach akustyczno-scenograficznych – nakreśla wielopoziomową narrację, z wartką akcją i zabawnymi dialogami. Aktorzy błyskawicznie poddają się transformacji, wcielają się w coraz to nowe, mieszkaniowe hybrydy. Posługując się formą trzeciosobową, wykorzystują szeroki wachlarz możliwości, jakie daje język. Raz po raz ulegają metamorfozom, dzięki czemu swobodnie grają z tekstem Zoologii. Wcielają się w poszkodowanych domowników czy też we flirtujące fantastyczne istoty. Żonglują emocjami, zręcznie operują kontrastem, wydobywają kolorystykę poszczególnych słów i słowotworów, zmuszają odbiorcę do wykreowania świata przedstawionego we własnej wyobraźni.
Zwracając się w stronę teatru marionetek, kina niemego i ekspresjonizmu niemieckiego (nawiązanie do obrazu Krzyk Muncha) Anna Lenczewska i Robert Żurek silnie teatralizują przestrzeń sceniczną Wykorzystują takie środki wykonawcze, jak automatyzacja ruchów, silnie ,,teatralna” mimiczność, zróżnicowane modulacje głosu (deklamacja przechodząca niejednokrotnie w melorecytację), wystukiwanie obuwiem figur rytmicznych, przez co uwydatniają muzyczność i rytmiczność samego tekstu. Kompozycyjnie Ampuć przypomina spektakle Bogusława Schaeffera, gdzie raz podany motyw muzyczny oraz odgórnie narzucona forma przedstawienia konstytuują jego ekspresywność, rozłożenie napięć i tempo. Poza aluzjami malarskimi i literackimi Hołdys wprowadza również ludowo brzmiąca warstwę dźwiękową w postaci żywego akompaniamentu (wykonywana niestety przez mało doświadczonego kontrabasistę nie spełnia całkowicie swojej funkcji programowej) oraz najbardziej rozpoznawalny Polonez As –dur Chopina, co wydaje mi się dość tendencyjnym rozwiązaniem, jednak wpisane w całość przedstawienia, nie irytuje.
Wchodząc do małej piwnicy na Kanonicznej, rozpoczynamy podróż w świat bardzo nam bliski, czerpiący z rodzimej tradycji kulturowej, której obecnie, w takim wydaniu, jest w polskim teatrze coraz mniej. Zarówno Ampuć, czyli zoologia fantastyczna, jak i inne przedsięwzięcia zespołu, pochodzą z oryginalnego i ciekawego repertuaru; reprezentują poziom, którego życzyć można niejednemu rozchwytywanemu zespołowi.

Magda Bałajewicz, Teatralia Kraków

Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 72/2013



Polowanie na cudaki


Zabrania się dokarmiać! Nakazuje się wierzyć! Pozwala się łapać do woli! Teatr Mumerus zaprasza do specyficznego ogrodu zoologicznego. Aktorzy pod kierunkiem Wiesława Hołdysa otwierają na oścież klatkę z wyobraźnią. Na scenę wysypują się zwierzaki, cudaki, potwory i cuda. Czają się w zakamarkach wyobraźni gotowe do ataku i ani myślą siedzieć spokojnie w klatkach.

Słowem, gestem, szelestem wydobywane są potwory z mroków sceny. Na krótko złapane w strumień światła, zdradzają swoje niepokorne istnienie, na przekór regułom dyktowanym przez rozsądek. Nie jest to bezpieczna prezentacja rzadkich gatunków. Cudaki, wywoływane po imieniu, wkradają się w świat ludzi i moszczą sobie posłania w ciepłych pieleszach ich umysłów. Anektują dla siebie realność. Nie ma co marzyć o poskromieniu wyobraźni raz wypuszczonej na wolność.

"Ampuć czyli zoologia fantastyczna" nie rości sobie prawa do fabuły, nie wchodzi też w żadne relacje z akcją w potocznym rozumieniu tego słowa. I, nie ważne, jak bardzo trywialnie by to nie zabrzmiało, uruchamia na scenie to, co bliskie magii. Przez zabawę z potworami, z przymrużeniem oka opowiada o świecie, wystrzegając się relacji z tym światem w skali jeden do jednego.

Potwora może zagrać każdy. Drewniana łyżka, widelec, wałek, brzdąkająca niespokojnie struna. Kto uważniejszy dostrzeże cudaka w wiszącej klatce, ktoś inny usłyszy trzask pułapki, w którą dał się złapać któryś ze stworów. Wystarczy tylko wyostrzyć zmysły i dać się uwieść poetyce spektaklu.

Aktorzy nie tylko grają, ale wyczarowują na scenie intymny, fantastyczny świat. Przy pomocy zaledwie kilku przedmiotów, w tym dwóch krzeseł, o których można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że służą do siedzenia, snują cudaczne fantasmagorie. Anna Lenczewska i Robert Żurek dyktują rytmy, przedmioty przeistaczają się w postacie, muzyka staje się nieodłącznym komponentem obrazu. "Muzyczna jest scenografia i scenograficzna muzyka" - jak niezwykle trafnie wyraził to, obecny na spektaklu, autor "Zoologii fantastycznej", Jan Gondowicz.

A najcudniejszym ze wszystkich potworów jest, niepojawiający się bezpośrednio w przedstawieniu, ale obecny na scenie - Mumerus - wyobrażony przez Gondowicza, a powołany do życia przez Wiesława Hołdysa "potwór", który upodobał sobie teatr. Ukochał go z wzajemnością.

Kamila Bubrowiecka
Teatralia Kraków
http://www.teatralia.com.pl

17 listopada 2009


Czy ktoś widział Ampucia?


W swoim najnowszym spektaklu Ampuć, czyli zoologia fantastyczna Teatr Mumerus po raz kolejny udowadnia, że wszystko może stać się tekstem dla teatru. Tym razem inspiracją stała się książka Jana Gondowicza, będąca osobliwym zbiorem pseudonaukowych opisów stworzeń zmyślonych, zamieszkujących niezbadane dotąd zakamarki ludzkiej wyobraźni. Temat frapujący, definicje napisane z humorem i erudycją. Nie zmienia to jednak faktu, że doszukanie się dramatyzmu w encyklopedycznych hasłach jest zadaniem ryzykownym, żeby nie napisać – karkołomnym. Sam temat nie schlebia także teatralnym modom.

Wisława Szymborska po przeczytaniu bestiariusza z żalem stwierdziła, że „wszystkie te straszydła, tak ongiś pełne czarodziejskich mocy, teraz już tylko na bardzo małych dzieciach potrafią jeszcze robić właściwe wrażenie”. Wiesław Hołdys udowadnia, że także wśród dorosłych, na co dzień rozsądnych widzów, można obudzić głód niezwykłości, dziwności, także szybko zapominają o racjonalnym myśleniu, by oddać się szaleństwu wyobraźni.

Przestrzeń Teatru Zależnego sprzyja budowaniu niezwykłej atmosfery spektaklu: to właśnie piwnice pełne są przecież fantastycznych stworzonek. W tym przekonaniu utwierdza widzów para ubranych na czarno aktorów, o kredowobiałych twarzach i upiornie ciemnych ustach. Są to Demony Ładu, autorytety w dziedzinie zoologii fantastycznej. To one zaznajamiają widzów ze zwyczajami i charakterystyką takich cudaków jak przyklejaki, rurarze czy tytułowy ampuć. Na niewielkiej, prawie pustej scenie, przy pomocy gestu, mimiki i animacji przedmiotów codziennego użytku powołują do życia najdziwniejsze monstra. Przeprowadzają widzów przez dzieje tego alternatywnego świata – od historii pojawienia się pierwszych oznak życia, poprzez rozkwit form, aż do czasów, gdy gatunki zaczęły wymierać, gdyż niemożliwe stało się współistnienie z ludźmi. Spektakl kończy pełen grozy, zapadający w pamięć obraz sceny wypełnionej porozstawianymi pułapkami na myszy, z groźnie zwisającą nad nimi klatką.

Zanim jednak dotrzemy do finału, czeka nas godzina świetnej zabawy, aktorzy dają z siebie wszystko, by uchronić widzów przed monotonią wypowiadanych definicji. Zagadnienie fantastyczne traktują z komiczną powagą, a pseudonaukowy, jednostajny tekst, wypełniają rozmaitymi emocjami. Z łatwością przechodzą od znudzenia do wybuchów entuzjazmu, od przerażenia do rozbawienia. Oprócz dziejów niesamowitej fauny, spektakl opowiada także relację między Demonami. Nie przerywając ciągu naukowej narracji, toczą one między sobą nieustanną grę: flirtują, kłócą się, przekomarzają. Tworzy się napięcie między grą katorów a tekstem, który, odpowiednio wypowiedziany, odkrywa swój dramatyczny potencjał. Recytowanie haseł słownikowych dzięki świetnej współpracy aktorów zamienia się w dialog, nie tylko na poziomie słów, ale także gry ciałem, mimiki. Nie ma tu miejsca na przypadkowe działania czy nadmiar gestów; wszystkie mają swoje uzasadnienie w budowanej aktualnie na scenie sytuacji. Każdy ruch jest także dokładnie zsynchronizowany z muzyką, która pomaga wprowadzać widzów w szybko zmieniające się nastroje. W przedstawieniu nie zobaczymy co prawda żadnego z opisywanych stworzeń, jednak dźwięki, szczególnie te grane na żywo na kontrabasie, bardzo skutecznie pobudzają wyobraźnię. Dreszcz niepokoju może przejść po plecach niejednemu z widzów. Oprócz wrażeń estetycznych publiczność otrzyma także praktyczne rady, jak walczyć z uciążliwymi szkodnikami. Na przykład wnętrzaki, odpowiedzialne za znikanie drobnych przedmiotów z naszych domów, można wytępić za pomocą konsekwentnego utrzymywania nieładu. Wystrzegać się należy natomiast porządków, szczególnie tych generalnych, gdyż powoduje to gwałtowny przyrost ich ilości.

Wzbogacony taką wiedzą widz jest na dobrej drodze do odkrycia, że życie codzienne pełne jest magii. Można ją odnaleźć nawet w brudnych kątach, zardzewiałych rurach i zapomnianych zakamarkach. Ampucia zobaczyć może każdy, pod warunkiem, że zechce. A jeśli nie zechce, to „niech się nad sobą użali”.

Anna Bocheńska

Antresola - Krakowski Magazyn Sztuki Niszowej
http://www.antresola.art.pl

"Ampuć czyli zoologia fantastyczna" w teatrze Mumerus - recenzja


„Ampuć czyli zoologia fantastyczna” to przedstawienie otwierające na oścież drzwi do naszej wyobraźni, przez które bez pardonu pakują się rozmaite cudaki. W Teatrze Mumerus wszystkie stworzonka żyją własnym życiem. A jest ich naprawdę pokaźna ilość.
Spektakl „Ampuć czyli zoologia fantastyczna” w teatrze Mumerus to trochę psychodeliczny powrót do czasów dzieciństwa. Jedno spojrzenie pod łóżko i można skamienieć ze strachu. Sztuka stworzona przez Wiesława Hołdysa, a oparta na bestiariuszu Jana Gondowicza, ma własny realizm. Po scenie wiją się przyklejaki zatykające (nie chcielibyście wiedzieć, z czego powstają…), chrynchałki i wgryzki. Wszystko ma tu swój prywatny proces stworzenia. Niedookreślone dziwadła rodzą się z pozlepianych słów, dźwięków i ożywają w niezwykłych definicjach. Wgryzek szybko uczy się przepijać do właściciela, a chrynchłak patrzy spod byka na proszek. Rzeczy są przeciw – w końcu kanapka zawsze spada masłem w dół. Nawet w locie swobodnym pamięta o zachowaniu pewnej dozy złośliwości. I tylko dziwne, że nie słyszymy jej złowieszczego chichotu.
Aktorzy: Anna Lenczewska i Robert Żurek musieli nieźle nagimnastykować swoją pamięć, żeby zapamiętać tę armię wymienianych z imienia stworków. Warstwa językowa jest żywą i pulsującą w rytm wyobraźni tkanką. Wszystkie substancje mnożą się na skutek gruntownych poszukiwań, a więc najlepszą drogą do nirwany nieporządku jest artystyczny nieład. Zardzewiałe nożyczki i wieszak prowadzą nietypowy dialog wywołując u publiczności niekontrolowane wybuchy śmiechu. Skoro kilka miliardów minusów jest w stanie napełnić jeden naparstek, to już wiadomo, gdzie podziewa się pozostały miliard plusów – wystarczy zajrzeć do teatru Mumerus.

Justyna Mądro
Portal miasteczkostudenckie.pl


W świecie demonów nieładu - „Ampuć czyli zoologia fantastyczna”


8 i 9 listopada w Teatrze Zależnym Politechniki Krakowskiej odbyła siępremiera przedstawienia „Ampuć czyli zoologia fantastyczna” w reżyserii Wiesława Hołdysa. Dwójka aktorów swoimi kreacjami porwała publiczność.

Na dość ascetycznej scenie główne postaci przedstawienia – kobieta i mężczyzna, demony ładu – ubrane na czarno, z twarzami pomalowanymi na biało, wyciągali na światło dzienne opowieści o wszystkich okropnych stworzeniach. Stworzeniach, które zamieszkują najbrudniejsze, najbardziej zaniedbane miejsca, czy to ludzkiego organizmu czy zakamarków domu, rurociągów, kanałów. Wśród wymienianych demonów brudu były mi. in. przyklejak, rurarz, ciąglik. Spektakl poruszał się po dość fanatycznej tematyce ze sporą dozą humoru, ale przepojony był prawdą o ludziach i ich zachowaniach higienicznych.

Grający w spektaklu Anna Lenczewska i Robert Żurek oczarowali publiczność swoja grą. Hipnotyzowali widzów niesamowitą mimiką twarzy. Widać było, że para aktorów doskonale rozumie się na scenie i współistnieje na niej. Spektakl urozmaicony był grą na kontrabasie, co dodawało wyrazu poszczególnym scenom przedstawienia.

Po premierze w klimatycznych podziemiach Teatru Zależnego Politechniki Krakowskiej oklaskom nie było końca. Z całą pewnością warto wybrać się na to przedstawienie, choćby po to, by zwerbalizowały się wszystkie monstra czające się w zakamarkach...

lech

Portal netbird

Ampuć jest stworzonkiem małym, o dużym potencjale doń odrazy. Wydawać by się mogło, że Ampuć ma zadatki na owada. Ale nie! Ampuć, proszę państwa... Ampuć jest nieklasyfikowalny! Spojrzenia jego, rzucane znad trąbki zresztą (z lekka owadziej), są zawsze pełne zdziwienia. Czym ten Ampuć się tak dziwi? - zapytacie. Otóż Ampuć zdziwiony jest swoim istnieniem. Jeżeli kiedykolwiek zdarzyło się państwu czuć na sobie czyjś wzrok, gdy zupełnie nikogo nie było w pobliżu...

Justyna Sekuła

Ampuć to teatralno-niesforne stworzenie
przebija bańki mydlane w głowach tych,
którzy z teatru chcą wynieść szczęśliwe zakończenie
lub morzem wypłakane wzruszenie.

Chochlikowo-mistyczne okamgnienie,
które rumieni się marzeniem,
irracjonalne, Mumerusowe wydarzenie!

Maciej Floyd Boksa




GRY I ZABAWY CZYLI PODCHODY TEATRALNE
Mumerus„Zabawa jest starsza od kultury”
Johan Huizinga - Homo ludens (Człowiek bawiący się)


Teatr Mumerus Kraków oraz Europe et Cies - Lyon
przedstawiają

GRY I ZABAWY CZYLI PODCHODY TEATRALNE

Więcej >

Mumerus
Mumerus
Mumerus
Mumerus
Mumerus
Mumerus
Mumerus
Mumerus
Mumerus
Mumerus

Teatr Mumerus Kraków oraz Europe et Cies – Lyon przedstawili 24 października 2010 spektakl-grę „Gry i zabawy czyli podchody teatralne”, stanowiący podsumowanie polsko-francuskich warsztatów teatralnych. Spektakl-gra rozpoczął się w Willi Decjusza, kontynuowany był w miejskim autobusie, a zakończył w Teatrze Zależnym.

Kierownictwo projektu i reżyseria spektaklu: Wiesław Hołdys
Współpraca: Renaud Lescuyer, Glen Cullen
Aktorzy: Anna Lenczewska, Jan Mancewicz, Karol Zapała, Robert Żurek oraz członkowie Studia Teatr Mumerus (Kraków) i uczestnicy projektu „Europe et Cies”
Warsztat muzyczny: Gertruda Szymańska i Michał Braszak
Kostiumy: Elżbieta Rokita
Rekwizyty: Magdalena Siejko
Partnerzy: Stowarzyszenie Willa Decjusza, Azoty Tarnów, Teatr Zależny Politechniki Krakowskiej, Stowarzyszenie Teatrów Nieinstytucjonalnych STeN,

Projekt powstał przy udziale finansowym Województwa Małopolskiego.

Gry i zabawy


Chciałam ten tekst zacząć bardzo mądrze, na przykład od stwierdzenia Johana Huizingi, że zabawa jest starsza od kultury (do tego cytatu zresztą odwołują się bezpośrednio twórcy „Gier i zabaw, czyli pochodów teatralnych”). Potem chciałam przydać zabawie określenie „język uniwersalny”, który nie uznaje granic kulturowych ani językowych. Ale słowo „uniwersalny” staje się niestety ostatnio banalnym, wyświechtanym frazesem; to taki wytrych, który załatwia wszystko. Chciałam zacząć mądrze i elokwentnie, inteligentnie. Chciałam, ale tego nie zrobię. Bo przecież najważniejsze jest to, by pisząc i czytając o zabawie – po prostu dobrze się bawić!

Człowiek to taka istota, która szybko się wszystkim nudzi, wciąż potrzebuje nowych podniet i stymulacji. Po okresie ogromnej popularności gier komputerowych i zabaw terenowych w stylu paintballa, przyszła niedawno moda na wszelkiego rodzaju gry miejskie, rodzaj zabawy związanej w wykonywaniem wyznaczonych zadań. Bawią się w nie chętnie uczestnicy miejskich pikników, czy wieczorków panieńskich i kawalerskich. W niedzielę, dzięki Mumerusowi, mieli okazję zagrać także Krakowianie – miłośnicy teatru!

Gra wyznacza sobie przestrzeń

Pewnego dnia, otwierając swoją mailową skrzynkę, znalazłam wśród otrzymanych wiadomości zaproszenie do udziału w Grze, wysłane przez teatr Mumerus. Ponieważ znam i bardzo cenię nadawcę i jego projekty – nie wahałam się ani przez moment i potwierdziłam swój udział w zabawie. Kilka dni potem zaczęłam otrzymywać dziwne wiadomości z instrukcjami postępowania. Wskazówki zapamiętałam i postanowiłam skrupulatnie wykonywać, dlatego w niedzielę, 24 października około godziny 16.00 dotarłam środkami komunikacji miejskiej do Willi Decjusza. Organizatorzy bowiem zabronili przyjeżdżać własnymi samochodami, gdyż miało to uniemożliwić udział w Grze, a tego oczywiście chciałam uniknąć.

Było w miarę ciepłe, pogodne jesienne popołudnie. Na dziedzińcu przed renesansowym dworkiem zgromadzili się licznie inni wtajemniczeni, cierpliwie czekając na rozpoczęcie zabawy. Nagle z okolicznych krzaków i zza drzew wybiegli ubrani na czarno ludzie i gestami zaczęli nas zapraszać, żebyśmy podążali za nimi. W absolutnej ciszy uformowaliśmy długiego węża i ruszyli w pochodzie, wykonując po drodze zadania, podskakując i omijając niewidzialne przeszkody. Przypominało to trochę tradycyjnego wężyka, bez którego nie może się obyć żadne przyjęcie weselne, ale nie jest to stwierdzenie pejoratywne – wszak podczas hucznych wesel wykorzystuje się od wieków istniejące w kulturze, przekazywane z pokolenia na pokolenie zabawy, które mają różne funkcje społeczne, między innymi mają jednoczyć grupę i budować więzi zaufania między uczestnikami. A przecież właśnie istniejące „od zawsze” gry i podwórkowe zabawy zainspirowały twórców do zorganizowania tej imprezy.

Wypij mnie! Zjedz mnie!

Kolejną inspiracją „Gier i zabaw” były książki Lewisa Carolla – „Alicja w krainie Czarów” i „Po drugiej stronie lustra”, dlatego nikogo nie zdziwiło, że po dotarciu do willi, zastaliśmy zamknięte na głucho, przeszklone drzwi. Znajdujący się w środku ludzie nie chcieli nas wpuścić. Na szczęście okazało się, że niektórzy z nas są w posiadaniu buteleczek z magicznym napojem, a inni mogą poczęstować nas czarodziejskimi ciasteczkami. Dzięki temu udało nam się dostać do środka, gdzie młodzi uczestnicy polsko-francuskich warsztatów teatralnych odgrywali wciąż na nowo, w jakimś dramatycznym zapętleniu, sceny z prozy Carolla. Na chwilę staliśmy się znów widzami, byliśmy bezpieczni i mogliśmy oglądać, a nie uczestniczyć. Dynamiczne etiudy w wykonaniu bardzo zaangażowanej aktorsko młodzieży przekonały nas ostatecznie, że zabawa, choć wyrażana innymi słowami i realizująca się wróżnych formach, przyśpiewkach i wyliczankach, ma jednak podobne oblicze, niezależnie od kraju i kultury.

Ale to nie był jeszcze koniec zabawy – gra właściwie dopiero się rozpoczynała. Okazało się, dlaczego zostaliśmy poproszeni o pozostawienie swoich samochodów pod domami – oto przed Willą Decjusza stał najprawdziwszy, miejski, niebieski autobus! Była to nie lada niespodzianka. Obdarzeni przez prowadzących zabawę biletami w postaci kart do gry wsiedliśmy zafascynowani do pojazdu i czekali niecierpliwie na ciąg dalszy.

Osobiście uważam, że podróż autobusem z Willi Decjusza pod Wawel to był najlepszy fragment tego w całości cudownego popołudnia. Uczestnicy warsztatów wcielili się w rolę pilotów-przewodników, opisując nam po drodze, co możemy ujrzeć przez okno. A był tam i Bulwar Zachodzącego Słońca, i wieża Eiffla, i Barcelona. Inwencja pilotów nie miała granic, ich improwizacje wypadały bardzo przekonująco, a fakt, że niemal każda para siedzeń miała swoją parę przewodników, umożliwiał bezpośredni kontakt z prowadzącymi zabawę. I nie przeszkadzała wcale bariera językowa, ani stary, wciąż bawiący chwyt komediowy, polegający na tym, że na przykład tekst wygłaszany po francusku nijak się miał do swojego „dosłownego” tłumaczenia na język angielski, a młodzi ludzie pletli niesłychane androny. Świetnie też wypadła spontanicznie wykonana, śpiewana na dwa głosy i w dwóch językach przez cały autobus popularna piosenka „Panie Janie”. Zabawa była naprawdę przednia!

Hasło: Ile kosztuje jajko? Odzew: Dwa za dwa.

Autobus, objechawszy niemal w koło Stare Miasto, zatrzymał się u stóp Wawelu i prowadzeni przez poprzebieranych przewodników, w wesołym pochodzie, wzbudzając niemałą sensację wśród przechodniów, udaliśmy się na ulicę Kanoniczą, do siedziby Teatru Zależnego. Nikt, kto nie znał hasła, czyli nie zapamiętał instrukcji przesłanych wcześniej e-mailem, nie mógł wejść, by uczestniczyć w dalszej części przedstawienia. Na scenie, dokładnie naprzeciwko widowni, ustawiono dwa rzędy krzeseł, na których zasiedli, wprowadzani przez kulisy, inni uczestnicy zabawy. Zanim jednak bezpiecznie się ulokowali, musieli wystąpić przed nami, zajmującymi miejsce na widowni i odpowiedzieć na trudne pytanie, dlaczego kruk jest podobny do biureczka. Oczywiście wszystkie odpowiedzi zostały nagrodzone oklaskami, a potem rozpoczął się spektakl przygotowany przez aktorów Mumerusa i uczestników warsztatów, czyli: Annę Lenczewską, Jana Mancewicza, Karola Zapałę, Roberta Żurka oraz członków Studia Teatr Mumerus i uczestników projektu „Europe et Cies”. Zachwycający był zwłaszcza kostium Anny Lenczewskiej odtwarzającej Królową Kier, przygotowany przez Elżbietę Rokitę. I znów przenieśliśmy się w świat gry, gry niebezpiecznej i nieprzewidywalnej, gry, którą niektórzy zwą wprost – życiem…

I w tym miejscu, już na koniec, muszę się wytłumaczyć. Niesłychanie trudno jest napisać tekst o projekcie, którego jest się bezpośrednim uczestnikiem i który w dużej mierze zasadza się na improwizacji i współdziałaniu. Mogłabym się rozpisywać na temat wymowy i celu, jaki przyświecał organizatorom. Mogłabym rozwodzić się nad funkcją zabawy w społeczeństwie, zwłaszcza współczesnym. Mogłabym… ale nie będę. Chciałam się za to tylko podzielić moimi wrażeniami z uczestnictwa w grze, opowiedzieć o kilku cudownie spędzonych godzinach, o obcowaniu z innymi ludźmi i współtworzeniu zabawy, która wszak jest także wyrazem kultury. Bo w „Grach i zabawach, czyli pochodach teatralnych”, przygotowanych przez Teatr Mumerus, najważniejsze było chyba to, żeby się razem świetnie bawić. I to się znakomicie udało. A kto nie był – niech teraz żałuje!

Magdalena Wróbel
Miesięcznik Modny Kraków




Święto głupców czyli Walka karnawału z postem
MumerusSpektakl jest teatralną impresją na temat dwóch przeciwnych, a jednocześnie splatających się ze sobą się rytuałów: postu i karnawału. Podstawową inspiracją jest obraz Petera Bruegela „Walka karnawału z postem”, a także tradycje Święta Głupców – odbywającego się na początku karnawału rytuału postawienia świata na opak, aż po tradycje postu. Cała ta szaleńcza zabawa odgrywana jest w konwencji teatru jarmarcznego, rozgrywającego się na autentycznym, średniowiecznym podwórcu Muzeum Etnograficznego w Krakowie. W warstwie tekstowej wykorzystano pełne bogactwo tekstów kojarzących się z postem i karnawałem – od rytmicznych rymowanek księdza Józefa Baki, poprzez fragmenty autentycznych gier karnawałowych ze szczególnym uwzględnieniem gry o Bigosie, co upity odszedł od siebie, wysublimowane teksty Jana Andrzeja Morsztyna aż po przysłowia i wyliczanki. Różnorodność dźwięków - od improwizowanej na różnego rodzaju użytkowych przedmiotach kociej muzyki aż po wykonywane na żywo poprzez jarmarcznych grajków znane i mniej znane motywy dopełniają atmosfery końca karnawału i początku postu.


Kartka na cukier czyli PRL: kultura oficjalna vs niezależna
MumerusWarsztaty teatralne zakończone pokazem spektaklu plenerowego

„Kartka na cukier” cykl warsztatów kończących się prezentacją ich efektu w postaci plenerowego spektaklu teatralnego. Tematem warsztatów jest kultura oficjalna i nieoficjalna (podziemna) PRL-u z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Ściślej i dokładniej rzecz biorąc – zderzenie tych dwóch kultur, a w szczególności języka, jakimi się posługiwały. W warsztatach i spektaklu wzięły udział osoby, które urodziły się w na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Materiałem do warsztatów i spektaklu były: teksty i rysunki nie dopuszczone do publikacji przez Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, czyli cenzurę; teksty z prasy oficjalnej i partyjnej, ze szczególnym uwzględnieniem twórczości Władysława Machejka; teksty satyryczne i poezja wydawane w podziemiu; piosenka, zwłaszcza piosenka żołnierska prezentowana na festiwalu w Kołobrzegu; kalendarze wraz z obchodami oficjalnych rocznic i świąt świeckich (jak np. Dzień Odlewnika); teksty ulotek i napisy na murach, teksty oficjalnych raportów.


DR K. - Hommage a Franz Kafka
MumerusSpektakl „Dr K. Hommage a Franz Kafka” jest teatralnym kolażem inspirowanym krótkimi utworami Franza Kafki. Występujące w spektaklu postaci (Dr K i Pani K., parodystka mężczyzn, Tancerka, Wymiatacz, Pan Gruby czyli Właściciel) i dziejące się sytuacje (między innymi: przemiana małpy w człowieka i człowieka w owada, pokazy głodowania, wymierzanie kary poprzez wypisywanie nazwy przestępstwa na ciele skazanego, podróż przez zaświaty pod przewodnictwem Bosmana czyli Buszmena, rekrutacja do Teatru poprzez Anioły) podlegają ciągłej metamorfozie ukazując świat wyobraźni jednego z najwybitniejszych artystów XX wieku. Spektakl łączy ze sobą elementy teatru sytuacji, teatru lalek i teatru tańca.


Cyrki i ceremonie
Mumerus„Cyrki i ceremonie” to spektakl zainspirowany obrazami Witolda Wojtkiewicza, jednego z najciekawszych i najbardziej oryginalnych polskich malarzy, zmarłego w roku 1909 w wieku 29 lat. Świat płócien, grafik i rysunków Wojtkiewicza: ludzie przemieniający się w lalki i lalki transformujące się w ludzi, tajemnicze ceremonie przemieniające się w podejrzane cyrki, powracający wciąż do magicznego kręgu obłąkani, ogrody zarośnięte bujnym, zeschłym zielskiem, drzewa pełne powieszonych pesymistów, błaźni i kapłani uwięzieni w maskach, cukiernie oferujące trujące ciasta – wszystko to znajduje swoje odbicie w teatrze aktorów, lalek, masek, klaunów i tancerzy. W przedstawieniu pada niewiele słów – wszystkie one pochodzą z tekstów Romana Jaworskiego – przyjaciela Wojtkiewicza, prekursora literatury z pogranicza dwóch rzeczywistości: realnej i opartej na halucynacjach.


LAPUTA & LAGADO według Jonathana Swifta czyli trzecia podróż Gullivera
MumerusNapisany w XVIII wieku utwór Jonathana Swifta pt.: “Podróże do wielu odległych narodów świata” jest fantastyczno–surrealistycznym opisem czterech wyimaginowanych podróży, w którym – jak pisze Juliusz Kydryński - autor rozprawia się “z całą ludzkością, z samą jej naturą i wszystkimi stworzonymi przez nią instytucjami. Każda epoka – także i nasza – odnajdzie w niesamowitej grotesce Swifta oskarżenie siebie samej, własne swoje rysy i własne zwierciadło”. Niestety, dzieło Swifta adresowane do dorosłych, zostało ocenzurowane oraz okaleczone, po czym pozbawione wszelkich drastyczności i całego smaku trafiło do dziecięcego pokoju jako niewinna bajka o ciekawej podróży do krainy Liliputów i krainy Olbrzymów. W niezliczonych adaptacjach dziecięcych pomija się trzecią podróż zaczynającą się wizytą na Latającej Wyspie Lapucie.

Naszym zamierzeniem jest inscenizacja owej trzeciej części dzieła Swifta – Podróży zaczynającej się wizytą na latającej wyspie Laputa, a kończącej odwiedzinami Krainy Nieśmiertelnych.



Archiwum >

Archiwum spektakli
Jarmark Cudów

OBRAZY - spektakl inspirowany malarstwem

An European Odyssey Homecomers czyli międzynarodowa koprodukcja teatralna z udziałem Mumerusa

MŁODZIEŻOWA ODYSEJA czyli jak profesjonaliści i młodzież z siedmiu teatrów z różnych krajów opowiadało dzieje Odyseusza

IWONA - TRAGICZNA HISTORIA WEDŁUG WITOLDA GOMBROWICZA

THE STARVING POET - Przygody i niepowodzenia młodego Europejczyka z XX wieku

DIABELSKIE GODZINY według FERNANDO PESSOI

U B U według Alfreda Jarry

POMNIK BOHATERA - spektakl uliczny Studia Teatru Mumerus w koprodukcji z studiem Teatro Guirigai z Madrytu

PODRÓŻ NA KSIĘŻYC

" PIEKŁO - NIEBO CZYLI PRZERAŹLIWE ECHO TRĄBY OSTATECZNEJ "

M U M E R U S - Spektakl inspirowany "Nowymi Atenami"

KABARET WYCINKÓW POD WEZWANIEM WUJA ALFREDA


Najbliższe spektakle  |  Nearest performances
"Droga do ósmego kwadratu", 18.08.2014, godz. 20:00;
Teatr Zależny, Kraków, Kanonicza 1Mumerus
"Dzbanek z czarnej gliny" na motywach "Balladyny" Juliusza Słowackiego(spektakl warsztatowy)
14.08.2014 godz. 19:00
Teatr Zależny, Kraków ul. Kanonicza 1
Wstęp wolnyMumerus
"Niewyczerpany transformista" według Brunona Schulza, 17.08.2014 godz. 18:00
Teatr Zależny, Kraków ul. Kanonicza 1Mumerus
Tajemnik
25.08.2014, godz. 20:00
Teatr Zależny, ul. Kanonicza 1, Kraków Mumerus
W odniesieniu do zmian wprowadzonych przez prawo telekomunikacyjne 22 marca 2013r. informujemy, iż niniejsza strona NIE KORZYSTA z plików cookies.